Kilka uwag do nowej gry Wydawnictwa Strategemata pt. „1831 Za wolność naszą i waszą. Olszynka Grochowska”

olszynka

Od bardzo dawna nie pisałem o żadnej grze. Z różnych przyczyn. Najbardziej prozaiczną jest brak czasu na sporządzenie przyzwoitej recenzji takiego produktu. Poza tym wolę pograć z synem, niż ten sam czas poświęcać na pisanie o grach. Poniższe uwagi nie stanowią recenzji. W grę o bitwie pod Olszynką Grochowską  nie grałem. Ba, ona nawet się jeszcze nie ukazała. Jednak Wydawca, Adaś Niechwiej, udostępnił instrukcję na stronie swojego Wydawnictwa. Bardzo jestem za to wdzięczny.

Dla mnie w grach historycznych, oprócz samej grywalności, ważne jest ujęcie w ramach przepisów tzw. „chromu”, czyli tych wszystkich niuansów, które pozwalają w mniej lub bardziej udany sposób oddać ducha danej epoki wojskowości. Zderza się tutaj z jednej strony niechęć do ślęczenia nad planszą po kilkanaście/kilkadziesiąt godzin z jak najlepszym oddaniem realiów pola bitwy (w tym przypadku później ery napoleońskiej).

Lektura udostępnionych przepisów wskazuje jednak, że z tym „chromem” w Olszynce jest słabo. Nie chodzi mi o sam przebieg gry, bo to może być całkiem szybka i dość koherentna rozgrywka. Rzecz  w tym, że moim zdaniem ta gra mogłaby być o każdej bitwie od XVIII do połowy XIX wieku. Innymi słowy nie oddaje ona specyficznych rozwiązań taktycznych epoki napoleońskiej, jak też właściwości samego konfliktu.

Analizując przepisy doszedłem do następujących wniosków:

  1. Gra została „źle wyskalowana”. Jeden heks to ok. 200 metrów terenu, jeden punkt liczebności piechoty to ok. 90 ludzi, w kawalerii ok. 60 a w artylerii 6-9 dział. Oddział piechoty liczy maksymalnie 9 pkt liczebności, kawalerii również 9 pkt. a artylerii 2 pkt. Przez „oddział” mam na myśli jeden żeton, nawet jeśli jest on sztucznie wydzielony z jakiejś formacji na potrzeby gry. Dalej autor gry stwierdza, że oddziały „nie posiadają określonego szyku”. Wyjątek stanowi czworobok dla piechoty. Biorąc pod uwagę, że podstawową wielkością jednostki w grze dla piechoty jest baon, kawalerii pułk a artylerii bateria czy kompania, to jest rozwiązanie dziwne, o czym dalej, ale da się go jeszcze bronić. Rzecz jednak w tym, że nawet jeśli wg autora, na potrzeby jego gry, oddziały szyku nie mają, to w rzeczywistości przyjmowały jeden z dwóch podstawowych szyków (nie mówię o artylerii): kolumnowy albo rozwinięty. O ile w przypadku szyku kolumnowego od biedy jeszcze, to się trzyma to w przypadku szyku rozwiniętego mamy strasznego babola niestety. Autor gry nie ma bowiem żadnego pojęcia o regulaminach i zasadach rozwijania baonu piechoty oraz pułku jazdy w linię bojową w armii królewskiej i cesarskiej. Nie zna zasad wydzielania tyralierów z linii. A wszystkie one były takie same, bo w razie wojny wojsko polskie stanowiło VI Korpus armii imperialnej. W przypadku rozwiniętego w linię baonu piechoty liczącego 9 pkt liczebności (810 ludzi), front z interwałami między dywizjonami wynosił będzie ok. 250 metrów. I taką wartość przyjmie nawet po wydzieleniu maksymalnej liczby tyralierów (nie wydzielano ich z pierwszej linii). W przypadku oddziału (bo nie pułku) kawalerii liczącego 9 pkt liczebności (540 ludzi) tj. odpowiednika 220 do 240 rot, front takiego oddziału wynosił będzie 360 do 400 kroków tj. od 260 do 280 metrów. Wydzielenie flankierów niewiele zmieni bo ci zajmowali swoje miejsce w szyku lub na skrzydłach linii tuż przed walką. Dalej, przyjęta skala czasowa (1 etap = 30 minut czasu rzeczywistego) i ruchliwość oddziałów są niespójne. Piechota w tak dużej jednostce czasu pokonuje raptem 800 metrów. Nawet w szyku rozwiniętym ruchliwość ta powinna być o co najmniej 1 pkt ruchu większa (to negatywne aspekty przyjęcia rozwiązania „nieokreślonego szyku”). To samo tyczy się kawalerii – ciężka ma 6 pkt ruchu a lekka 7. Dla mnie jest to mocno zabawne biorąc pod uwagę np. regulaminy dla rosyjskich kawalergardów z okresu po wojnach napoleońskich. Np. stwierdzano w  nich na podstawie doświadczeń wojennych, że pułk może uderzać galopem z prędkością 160 sążni na minutę (ok. 254 metrów) przez 6 minut – czyli dalej niż w terenie czystym wyniesie ruchliwość takiego pułku w grze.  O pomstę do nieba woła cały rozdział o artylerii. Autor nie ma w ogóle pojęcia o sposobach prowadzenia ognia w owym czasie (strzał rdzenny, ostro przez metal, nawiasowy) ani o zasięgu ognia. Zasięg ognia skutecznego strzałem rdzennym to ok. 1350 metrów, a nawiasowym, ponad 2 km (jednorogi do 2 km).
  2. Walka – same zasady wydają się ciekawe i nie mam podstaw aby krytycznie wypowiadać się co do samego pomysłu (nie grałem). Natomiast rezultaty budzą wątpliwości. Zapoznając się z wynikami starcia trwoga mnie chwyciła, gdy zauważyłem że w pojedynczym starciu straty jednej ze stron mogą wynieść nawet pół tysiąca ludzi. W stosunku do strat zadawanych artylerią to jakaś aberracja ( w epoce artyleria zadawała, w zależności od warunków od 40 do ponad 50% strat). Artyleria zadaje straty tylko na najbliższą odległość, co jest bzdurą (niezwykle skuteczne strzały rdzenne przeciwko kolumnom). W przypadku modyfikatorów za walkę brak jest modyfikatora dla wojsk polskich za lepsze wyszkolenie w „robieniu bagnetem”.
  3. Przezabawna dla mnie okazała się zasada płacenia 1 pkt ruchu za każdą zmianę ukierunkowania o 60 stopni. Czyli aby wykonać w tył zwrot należy wydać 3 pkt ruchu, podczas gdy w rzeczywistości kwestię tę rozwiązywał prosty rozkaz „w tył zwrot”. Nawet uporządkowanie szyku przy tak długiej jednostce czasu jest bez znaczenia dla ewentualnej ruchliwości oddziału (znowu negatywny aspekt „nieokreślonego szyku”).
  4. Znowu o artylerii – nie wiem skąd pomysł aby artyleria strzelała do najbliższego celu – artyleria w zależności od tego czy wspierała atak czy obronę miała cele priorytetowe. W ataku przede wszystkim zwalczała wrogą artylerię. W obronie przede wszystkim siłę żywą nepla.
  5. W grze nie istnieje dowodzenie. Nawet w formie szczątkowej. Jest jedynie wpływ dowódców na morale podczas walki.

Dla mnie te wszystkie „wypaczenia” są na tyle istotne, że w tym kształcie w grę nie zainwestuję. Ocenę jednak pozostawiam Czytelnikom.

STUDIUM NAD BITWĄ – Ardant du Picq

20161125_195134

W 2012 oraz w 2015 roku staraniem oświęcimskiego Wydawnictwa NapoleonV ukazał się reprint przedwojennego, polskiego wydania klasycznej już pracy francuskiego płk. Charlesa Ardanta du Picqa „Studium nad bitwą„.

Autor był oficerem francuskiej armii, uczestnikiem dwóch wojen (krymskiej i francusko-pruskiej) oraz dwóch kampanii kolonialnych (Algieria i Syria). Zginął 16 sierpnia 1870 w bitwie pod Mars la Tour.

Fenomen pracy du Picqa polega na poświeceniu całej publikacji psychologicznym aspektom walki i decydującemu, zdaniem autora, wpływowi morale na ostateczny wynik starcia. Zaznaczyć należy, iż pierwsze, w dodatku niepełne, wydanie tej książki ukazało się dopiero 10 lat po śmierci pułkownika. Od razu zyskał on rzesze „wyznawców”, a jego teorie stanowiły podwaliny francuskiej doktryny offensive à outrance. Do dziś zajmuje poczesne miejsce w anglojęzycznych publikacjach na temat wojskowości przełomów XIX i XX wieku.

Książka składa się z dwóch zasadniczych części: walki starożytnej i walki nowoczesnej. Każda z nich podzielona została na rozdziały. W części pierwszej jest ich siedem, z czego dwa poświęcone analizie bitew pod Kannami i Farsalos, a trzy mechanizmowi i wyszkoleniu w czasach starożytnych. Jeden jest wstępnym i dotyczy walki „ludzi pierwotnych” a ostatni stanowi podsumowanie. W części drugiej mamy sześć rozdziałów: pierwszy, najważniejszy i zarazem najbardziej ogólny, trzy kolejne dotyczą roli podstawowych rodzajów broni na współczesnym autorowi polu walki, piąty roli sztabów, dowództwa i administracji a ostatni instytucji społecznych i wojskowych oraz temperamentów narodowych. Na końcu znajduje się dodatek w postaci wyboru tekstów autorów antycznych i korespondencji autora z różnymi oficerami, uczestnikami starć podczas wojny krymskiej i francusko-austriackiej w 1859 roku. Całość liczy 134 strony dosyć trudnego tekstu. Niestety, ponieważ mamy do czynienia z reprintem, w wydaniu, którym ja dysponuję (2012), jest wiele literówek wynikających z przystosowywania zapewne skanów wydania z 1927 roku do nowej edycji. Nie umniejsza to przyjemności lektury, ale niektóre „wpadki” są zabawne.

Myśl przewodnią książki autor ujawnia już na początku, we „Wstępie”. Twierdzi on, że skoro naczelnym celem wojska jest walka, a człowiek zasadniczym jej narzędziem, to dopiero poznanie podstawowego instrumentu pozwoli zorganizować wojska, zapewnić odpowiednią organizację i taktykę, wytworzyć karność i spoistość oddziałów. Ta analiza człowieka pod kątem jego działania w warunkach zorganizowanej walki przewija się przez całą pracę. Oczywiście zawiera ona także elementy taktyki, organizacji, pracy sztabów, roli dowódców oraz bardzo ważny i często bagatelizowany element postrzegania wojska przez społeczeństwo i relacji armia – cywile. Wszystko to jednak są dodatki do analizy zachowania żołnierza podczas bitwy. Chęć zachowania życia, strach kierujące człowiekiem podczas walki, przełamywane pozytywną motywacją oraz karnością i spoistością wynikającą z doświadczenia – przewijają się na kartach bardzo często, począwszy od pierwszego rozdziału pierwszej części. Analiza zachowania zachowania żołnierza, generalnie trafna, prowadzi jednak pułkownika czasami do błędnych wniosków, tak na gruncie psychologii, jak i na jej styku z aspektami czysto wojskowymi. Afirmantom francuskiego oficera te niedociągnięcia bardzo często umykają.

Przede wszystkim inaczej przedstawiał się w starożytności i średniowieczu etos wojownika/żołnierza niż widzi to autor. W analizie reakcji żołnierza du Picq zauważa bardzo ważny czynnik, jakim jest prozaiczna niechęć do zabicia bliźniego (choć inaczej go interpretuje). W połowie XIX wieku i w latach następnych, wraz z rozwojem edukacji, praw i swobód obywatelskich, humanitaryzacją systemów prawnych, coraz większą świadomością społeczną, wiedzą medyczna itp. częściej występowała niechęć żołnierzy do zabijania siebie. Nie bez wpływu pozostawał tu także rozwój techniczny środków walki. Wręcz podręcznikowy przykład takiej sytuacji przedstawia na pierwszej stronie książki. Tymczasem, jak wynika z ustaleń Marshalla, Holmesa czy Grossmana, taka postawa nie ma nic wspólnego ze strachem.  Du Picq popełnia ten sam błąd co współcześnie płk David Grossman – uważa, że natura ludzka jest niezmienna, a zmienne są tylko czynniki zewnętrzne. Im dalej bowiem cofniemy się w czasie, tym mniejszy będzie poziom „tolerancji” dla bliźniego. Jeszcze na przełomie XVIII i XIX wieku powszechne było w  państwach niemieckich wieszanie dzieci za przestępstwo kradzieży. W średniowieczu czy starożytności publiczna egzekucja stanowiła rozrywkę. Nie wspomnę o masakrach ludności miejskich czy autochtonów podbijanych terytoriów. Oczywiście i wśród żołnierzy byli tacy, którzy temu krwawemu szaleństwu nie poddawali się, ale większość zdecydowanie tak. Także przekroczenie pewnego poziomu poszanowania przeciwnika będzie rodziło chęć odwetu i ostatecznie wytrwanie w postanowieniu „walki do końca”, czego przykładem jest front wschodni i niemiecki Wehrmacht. Warunki społeczno-socjologiczne w jakich żyli ludzie w starożytności i średniowieczu z powodzeniem można odnieść do współczesnych spostrzeżeń ludzi zajmujących się przemocą. Dostrzegli oni oczywisty związek między tym, co jest nam przedstawiane (otacza nas w przekazach medialnych), a  przemocą w społeczeństwie. W ówczesnych warunkach ludzi zewsząd otaczała przemoc, która także była formą rozrywki (dziś różne ważne agendy, na podstawie tysięcy badań, chcą ograniczenia przemocy w mediach i grach elektronicznych z uwagi na kształtowanie wzrostu agresywnych zachowań u dzieci oraz ich znieczulicy na przemoc). W konsekwencji przemoc była czymś powszechnym a jej stosowanie postrzegano jako objaw siły. Tym samym starcie piechoty nie trwało wcale tak krótko, jak twierdzi autor. Jego twierdzenia są w tym zakresie sprzeczne. Skoro wyczerpanie moralne jest tak wielkie, że starcie jest wyjątkowo krótkie, to po co zmiana legionistów? Pominę tu oczywiście zupełnie już zdezaktualizowane jego wyobrażenia o wojskowości greckiej i rzymskiej (po jego śmierci nauka w tym zakresie bardzo się rozwinęła). Liczne, niebudzące wątpliwości przykłady dowodzą, że bitwy trwały wiele godzin. Ataki ponawiano często falowo. Wówczas zmiana na pierwszej linii jest konieczna. Faktycznie niewielu wytrzyma tak długo napięcie wywołane walką w jej najtrudniejszej postaci – walki bezpośredniej. Także straty w takim bezpośrednim starciu musiały być zdecydowanie wyższe niż uważa autor. Chodzi mi o fazę rzeczywistej walki,  nie o całe starcie zakończone ucieczką którejś ze stron. Nie budzi wątpliwości, że podczas ucieczki następowała rzeź. Należy jednak brać pod uwagę, że obie strony z tego oczywistego faktu sprawę sobie zdawały (tzw. „efekt pogoni” lub „łowcy”).  Stąd nie ma podstaw by wątpić w twierdzenia Ksenofonta, Tukidydesa czy Cezara na temat przebiegu walki. Zupełnie nietrafione są poglądy du Picqa w stosunku do Japończyków.

Du Picq dostrzega, że zorganizowana walka niesie ze sobą oddziaływanie na dwóch płaszczyznach – moralnej i materialnej. Nie docenia jednak czynnika materialnego. Ewolucja walki nastąpiła w kierunku, który on wykluczył – obecnie podstawowy sposób jej prowadzenia polega na wymianie ognia. W jego ocenie karność i spoistość oddziału, jako pozytywna motywacja działania żołnierza, pozwolą, mimo przewagi materialnej obrońcy uzyskać pożądany efekt przełamania. Jako przykład podaje on wojnę secesyjną i brak zwartości oddziałów amerykańskich, które wg niego miały prowadzić walkę na dużą odległość. Nic bardziej błędnego – amerykańskie oddziały rekrutowane regionalnie miały wielką spoistość a walkę prowadziły na napoleońskie dystanse kilkudziesięciu metrów. Du Picq nie rozumiał, że siła niszcząca współczesnej mu broni prowadzi do kolosalnych strat w ataku. Jedynie równowaga polegająca na zapewnieniu odpowiedniego zabezpieczenia materiałowego, niweczącego przewagę obrońcy, i odpowiedni duch pozwolą osiągnąć sukces. Mogło to wynikać w istocie z niewielkiego doświadczenia bojowego autora. Jedyną wielką bitwą, w której uczestniczył, była ta pod Mars la Tour. Reszta jego doświadczeń to zwalczenie grup Beduinów i uczestnictwo w oblężeniu Sewastopola.

Jako zupełnie nietrafione uznać należy wnioski francuskiego pułkownika na temat kawalerii. Praktycznie w całości opierają się na literaturze XIX-wiecznej (Jomini, Nolan) i wcześniejszej (Ksenofont). Co więcej stoją one w sprzeczności ze spostrzeżeniami naszego rodaka gen. Ignacego Prądzyńskiego. Du Picq nie widział żadnego starcia kawalerii z kawalerią, nie rozumiał postępującej marginalizacji jej znaczenia i roli na nowoczesnym polu bitwy (w końcu stała się poruszającą się konno piechotą).

Jeszcze miałbym kilka uwag do tez autora. Nie dotyczą one jednak głównego nurtu jego pracy (moim zdaniem Du Picq nie rozumiał operacyjnego poziomu wojny, zdezaktualizowały się jego uwagi o taktyce itp.) i nie ma powodu aby je tu rozwijać.

Podsumowując, bez względu na to czy książkę jedynie przeczytamy czy też będziemy z nią pracować, należy pamiętać, że Du Picq nie dostrzega wszystkich elementów, jedne przecenia a innych nie docenia.  Biorąc pod uwagę czas powstania pracy, tym razem powstrzymam się od jej oceny. Jako że jest to pozycja klasyczna, każdy interesujący się historią wojskowości powinien się z nią zapoznać.

Książka dostępna w dwóch wydaniach: w twardej, lakierowanej okładce i miękkiej. Można ją nabyć u wydawcy i w księgarni internetowej Fort Gier.

http://fortgier.pl/p/33/24327/studium-nad-bitwa-miekka-oprawa—publikacje-przekrojowe-ksiazki-ksiazki-historyczne.html

POWSTANIE CYWILISA 69-70. Agnieszka Bartnik

bartnikpowstanie

Prezentowana pozycja ukazała się staraniem zabrzańskiego wydawnictwa InfortEditions w 2011 roku w ramach serii Pola bitew. Celem pracy było przybliżenie czytelnikom losów powstania germańskiego plemienia Batawów znanego w naszej historiografii, od imienia przywódcy, Powstaniem Cywilisa. Zryw Germanów miał miejsce podczas trudnego dla Rzymu okresu zwanego „rokiem czterech cesarzy”.

Książka liczy 84 strony. Zawiera 9 map i schematów. Podzielona została na wstęp, cztery rozdziały i zakończenie. We wstępie przedstawiono cel pracy. Pierwszy rozdział prezentuje sytuację polityczną w Imperium w pierwszej połowie I wieku n.e.. Kolejny to krótki opis walk czterech pretendentów o cesarską purpurę. W trzecim rozdziale Autorka opisuje przebieg tytułowego powstania. Ostatni rozdział to lakoniczne przedstawienie konsolidacji państwa po zwycięstwie Wespazjana. Redakcja pracy jest niestety mocno przeciętna, mówiąc eufemistycznie. Na 84 stronach znalazłem blisko 20 literówek. Dodatkowo, w trakcie lektury odniosłem wrażenie, że niektóre partie tekstu zostały „pocięte”, co powoduje zupełną nieczytelność fragmentów książki. Szczególnie dotyczy to drugiego rozdziału, gdzie często opisy są zupełnie niekompatybilne z załączonymi mapami.

Temat powstania jest niewątpliwie ciekawy. Niestety Autorka nie podołała zadaniu. Praca zawiera wiele błędów merytorycznych, w tym wręcz kuriozalne. Mamy więc w całej książce Legion Vitrix (co nic nie znaczy) zamiast Legion Victrix (zwycięski). Pojawia się jakieś plemię Rokoksolanów (czy jakoś podobnie) zamiast Roksolanów. Pojawia się także żywiący nieustającą sympatię do Rzymian Kommiusz, który po swojej ucieczce do Brytanii szczerze nienawidził swych dawnych przyjaciół. Przy opisie przebiegu powstania wyraźnie widać, że Autorce brakowało koncepcji. Cały rozdział liczy ok. 30 stron, a blisko połowa to opis przyczyn zrywu Germanów. Niestety jest to ta połowa tekstu to wielokrotne powielanie tych samych argumentów. Gdyby rozdział „wycisnąć” to z 15 stron zostałoby jakieś 4-5. Przebieg działań wojennych bardzo lakoniczny, co zresztą wynika z niewielkiej ilości dostępnych nam źródeł.

Generalnie temat raczej na duży artykuł niż na książkę, nawet tak niewielkiej objętości. Dodatkowo Autorka polegał  na wielu polach. Moim zdaniem szkoda czasu na lekturę.

Moja ocena 1/6

ROGI HITTINU 1187 – Marian Małecki

473084-352x500

W 2010 roku zabrzańskie wydawnictwo InfortEditions oddało do rąk Czytelników pracę dr Mariana Małeckiego pod wyżej wymienionym tytułem. Książka ta przedstawia polityczno -historyczne tło oraz przebieg tytułowej bitwy, która przesądziła o losie państw chrześcijańskich na Bliskim Wschodzie. Ponieważ historia Bizancjum i państw Outmeru znajduje się w kręgu moich zainteresowań, z wielkim zainteresowaniem sięgnąłem po tę pozycję. I nie zawiodłem się!

Książka liczy 334 strony. Została podzielona na 8 rozdziałów, wstęp i zakończenie. Autor dodał także całkiem pokaźnych rozmiarów aneks z tekstami źródłowymi na temat przebiegu bitwy. Pozycja opatrzona została 10 mapami oraz liczne fotografie wykonane przez samego Autora. Dodatkowo w pracy umieszczono 3 kolorowe, bardzo ładne, rysunki wojowników z epoki. Strona edytorska bardzo dobra. W całej pracy znalazłem raptem kilka drobnych literówek. Lektura całości – to była dla mnie czysta przyjemność.

Muszę przyznać, że jak na pracę popularno-naukową (z zdecydowanym akcentem na „naukową”), Autorowi udało się zachować ciągłość narracji niczym w utworze beletrystycznym. Jednocześnie idealnie zachował proporcje między wprowadzeniem do tematu (synod w Clermont, I Krucjata itd. okres rozkwitu Królestwa Jerozolimskiego – dwa pierwsze rozdziały tj. ok. 98 stron) a zagadnieniami stricte poprzedzającymi opisywaną bitwę i sam jej przebieg (100 stron w trzech rozdziałach). Aby jeszcze jaskrawiej przedstawić te powiązania, zaznaczę, że okres od 1095 roku  do 1174 przedstawiono na 98 stronach. Kolejne 7 lat na 38 stronach, a przebieg samej bitwy na 62. W szóstym rozdziale autor przedstawia oblężenie Jerozolimy i jej upadek oraz inne wydarzenia prowadzące do III Krucjaty. Dwa ostatnie rozdziały prezentują najnowszy stan badań nad ruchem krucjatowym oraz aspekty prawne obecności państw krzyżowców na Bliskim Wschodzie.

Sam opis bitwy jest bardzo klarowny, opatrzony mapami. Każdy etap starcia jest przedstawiony w sposób logiczny a narracja prowadzona wartko, fachowo i ciekawie. Autor nie unika trudnych kwestii, prezentując swoje poglądy. Jedyne czego mi zabrakło to przedstawienia wojskowości stron konfliktu w syntetycznej, ale jednak zdecydowanie bardziej rozbudowanej formie, niż ma to miejsce w książce. Marian Małecki prezentując obie armie poświęca sztuce wojennej raptem 2,5 strony. Praktycznie w sposób minimalny potraktowano taktykę przeciwników. To zdecydowanie, w mojej ocenie, za mało, aby uznać temat bitwy na najbliższą dekadę za wyczerpany. Jest to jedyne zastrzeżenie, jakie zgłaszam do tej pracy.

Bardzo ciekawymi okazały się dwa ostatnie rozdziały. Co prawda w drugiej połowie pierwszej dekady XXI stulecia ukazało się w naszym kraju kilka dobrych prac traktujących o krucjatach, lecz wszystkie miały charakter przekrojowy, lub dotyczyły konkretnych wypraw. Żadna jednak nie przedstawiała w tak kompleksowy sposób stanu badań jak też nie prezentował prawnych konotacji obecności Franków na Bliskim Wschodzie. Nie wnikając w szczegóły, musiałem zweryfikować trochę informacji, zapamiętanych jeszcze z prac Stevena Runcimana. Bardzo dobrze, że zabrzańskie wydawnictwo kontynuuje badania nad państwami krzyżowymi w serii „Szlakiem krucjat„.

Podsumowując, jest to praca świetna, zdecydowanie warta przeczytania nie tylko przez pasjonatów wojskowości, ale także miłośników krucjat czy średniowiecza w ogóle.

Moja ocena 5,5/6

CIVITA CASTELLANA 1798 – Marian Witasek

fa612dc61812ba0df95f0988b54eccbf

W 2007 roku nakładem Domu Wydawniczego Bellona ukazała się tytułowa praca autorstwa Mariana Witaska. Wbrew tytułowi, książka traktuje o całej  wojnie pomiędzy rewolucyjna Francją a Królestwem Obojga Sycylii, która wybuchła 23 listopada 1798 roku i doprowadziła do upadku Burbonów neapolitańskich. O tytułowej, i wcale nie najważniejszej bitwie tej wojny, jest raptem 10 stron.

Praca, jak na serię Historyczne Bitwy, jest całkiem obszerna, liczy sobie bowiem  324 strony. Dołączono do niej 4 czarno-białe mapy. Książka została podzielona na 23 rozdziały i „rozdzialiki” różnej wielkości. Bardzo słabo prezentuje się bibliografia tej książki obejmująca 22 pozycje, w połowie z domeny publicznej. Nie jest to co do zasady zarzut, ale w tym przypadku, niestety, ma to negatywny wpływ na treść, o czym dalej.

Książka Mariana Witaska stanowi nieudane streszczenie pracy prof. Jana Pachońskiego Wojna francusko – neapolitańska z 1947 roku. Niestety jest to bardzo nieudane streszczenie (by nie użyć o wiele mocniejszego, pejoratywnego słowa), bowiem „tnie”  bardzo nieumiejętnie narrację pierwowzoru. Nie ma się zresztą czemu dziwić, skoro Jan Pachoński opis wojny zawarł w dwóch tomach liczących ponad 1000 stron łącznie, a tu autor zamknął cały opis, wraz z prezentacją wojsk na nieco ponad 320 stronach. Katastrofalnie prezentuje się rozdział o wojskach republikańskich – szczególnie w części dotyczącej armii Ancien Regime. Autor nic nie wie o zmianach, jakie zaszły w armii francuskiej po wojnie siedmioletniej. Nie są mu znane rozważania Guiberta, Bourceta czy de Broglie’go. Przypis nr 7 na stronie 39 to kompletna bzdura, nie znajdująca potwierdzenia w materiałach źródłowych (jak najbardziej „nie szlachcic” po 1758 roku mógł zostać oficerem, tyle że wykazując się postawą na polu bitwy. Szlachta miała wyłączność na edukację w szkołach wojskowych). Opis przemian w armii rewolucyjnej chaotyczny i niepełny. Bardzo dobry opis Legionów Dąbrowskiego (co nie dziwi – w bibliografii mamy monumentalne dzieło Pachońskiego). Przyzwoity opis armii neapolitańskiej, ale z krzywdzącą i opartą o stereotypy oceną jej kadry dowódczej.

Przebieg działań wojennych bardzo niekonsekwentny. W części dotyczącej udziału Legionów, bardzo taktyczny, w pozostałej w zasadzie ogranicza się do szczebla operacyjnego (co też nie dziwi – praca Pachońskiego o Legionach). Nelson urasta do roli szarej eminencji, a jego rola w wypadkach została wyolbrzymiona. Jest to wynikiem fatalnego doboru bibliografii. Autor, poza Pachońskim, korzystał z popularnej pracy  Bidwellów Admirał i kochanek – starej, bez przypisów i o niewielkiej bibliografii. Nie sięgnął po dość nową i wydaną w 2001 roku przez PIW popularno-naukową biografią angielskiego admirała pióra Christophera Hibberta. Bardzo krzywdząca ocena Marii Karoliny. Generalnie, warstwa polityczna książki obciążona jest blisko 70 letnią oceną Pachońskiego, która w świetle nowszych prac, nie wytrzymuje krytyki.

W całej pracy najwięcej miejsca poświęcono udziałowi Legionów w walkach. Zdecydowanie praca powinna nosić tytuł Legiony polskie w wojnie francusko-nepolitańskiej.

Również korekta w pracy „niedomaga”. Jest sporo lapsusów językowych i literówek.

Generalnie książki nie polecam. To samo, a piękniejszą polszczyzną i dokładniej, Czytelnik znajdzie we wspomnianych pracach prof. Jana Pachońskiego. Jedyna przyczyna, dla której można tę prace przeczytać, to trudności z dostępność wspominanych dzieł Pachońskiego.

Książka dostępna tylko na rynku wtórnym.

Moja ocena 2/6

WOJNY DACKIE 101-106 n.e. – Andrzej Dubicki

wojny-dackie-101-106-n-e-b-iext38689675

W 2013 roku zabrzańskie wydawnictwo InfortEdition udostępniło Czytelnikom pracę dr Andrzeja Dubickiego pod wyżej wymienionym tytułem.

Tematem przewodnim pracy są dwie kampanie cesarza Trajana przeciwko dackiemu państwu Decebala. Jest to pierwsza, i jak na razie jedyna w naszym kraju, publikacja o charakterze syntetycznym na temat obu kampanii. Do tej pory w Polsce ukazywały się jedynie artykuły przyczynkowe. Przy tym jest o tyle ciekawa, że nie napisał jej badacz, dla którego starożytność jest epoką wiodącą, a naukowiec zajmujący się przede wszystkim historią Rumunii.

Książka liczy 175 stron i została podzielona została na siedem rozdziałów, wstęp, zakończenie oraz aneksy. Rozdział pierwszy traktuje o Dakach. Przedstawiono w nim zarówno strukturę społeczną, jak i organizację i wyposażenie wojsk dackich. Drugi rozdział traktuje o wojskach rzymskich, ich organizacji i wyposażeniu. Trzeci rozdział to prezentacja najstarszych dziejów plemion dackich do czasów Flawiuszy. W kolejnym Autor przedstawia kampanie ostatniego dwudziestolecia przed wybuchem wojen dackich. Następne dwa rozdziały (piąty i szósty) to opis obu wojen Trajana z Decebalem i ostateczny upadek państwa Daków. W ostatnim rozdziale przedstawiono organizację nowej prowincji.

Odnoszą się do treści, należy stwierdzić, że liczba dostępnych źródeł o wojnach jest znikoma. Dzięki płaskorzeźbom z Kolumny Trajana i pracom archeologicznym możemy tę wiedzę uzupełnić. A. Dubicki wykorzystał w swojej książce mnóstwo prac rumuńskich, co należy zaliczyć na zdecydowany plus publikacji. Świetnie opracowany jest rozdziały o Dakach i ich dziejach. Również przebieg jednej i drugiej wojny został dobrze opisany. Zdarzają się lapsusy jak Łuk zamiast Kolumny Trajana. Brak jest też kilku ważnych zachodnich publikacji na temat Trajan i Kolumny Trajana.

Książkę czyta się dobrze. Język autora przystępny. Większych braków w zakresie redakcji nie stwierdziłem.

Książkę zdecydowanie polecam. Niestety pozycja dostępna jest jedynie na rynku wtórnym.

Moja ocena: 5/6

POLSKA BROŃ PANCERNA BLITZKRIEGU -Jamie Prenatt

108379404572328c8cc4bd

Bardzo ucieszyła mnie informacja, że Wydawnictwo Napoleon V nawiązało współpracę z Osprey Publishing. Prezentowana praca to owoc tej współpracy. Jest to pozycja nowa, gdyż w Wielkiej Brytanii ukazała się w zeszłym roku. Sięgnąłem po nią z wielkim zainteresowaniem, albowiem anglojęzyczne publikacje na temat naszej wojskowości są pobieżne i zazwyczaj zawierają różne nieścisłości.

Książka jest niewielka – liczy sobie 52 strony. Podzielona została na sześć rozdziałów i wstęp. Dodano załączniki o organizacji bojowej polskich wojsk pancernych. Bibliografia liczy ok. 30 pozycji, w 90% polskich autorów (m.in. Haber, Jońca, Lalak, Ledwoch, Szubański).

Autor przedstawia organizację polskich wojsk pancernych. Następnie przechodzi do omawiania kolejno konstrukcji i zarysu udziału w walce czołgów użytkowanych przez naszą armię, tankietek, samochodów pancernych, ciągników na podwoziu pojazdów pancernych. Kończy krótką analizą i wnioskami. W tekście nie znajdziemy żadnych nowych informacji.

Opis konstrukcji pojazdów oraz udziału w walkach jest w miarę poprawny. Format publikacji nakazywał przyjęcie bardzo syntetycznej formy. Nie obyło się bez kilku „wpadek”. Najistotniejsze to ocena przez Autora armaty 37 mm Puteaux SA 18 jako celnej i solidnej. W 1939 roku była to broń zupełnie przestarzała, o kiepskiej celności (rozrzut na dystansie 300 metrów był już ogromny, a na odległościach powyżej 500 metrów katastrofalny). Po drugie Mr. Prenatt nie ma świadomości, że priorytetowym zadaniem 47 mm armaty w naszych Vikersach E nie było zwalczanie broni pancernej a wsparcie piechoty (pominę tu taki szczegół, że ze względu na pancerz, czołg ten do tej roli się nie nadawał). W jednostce ognia do tego działa dominowały pociski odłamkowo-burzące. Ponadto przebijalność pancerza z tej armaty gwarantowała zniszczenie każdego pojazdu naszych przeciwników z odległości do 500 metrów.

Za zaletę pracy uznać należy także krótkie umówienie różnych konstrukcji prototypowych i eksperymentalnych powstających w toku eksploatacji pojazdów podstawowych.

W książce zamieszczono także bardzo dużo, dobrej jakości, fotografii. Kilkanaście z nich stanowiło dla mnie novum. Oczywiście, co charakterystyczne dla brytyjskiego wydawnictwa, mamy również piękne i barwne plansze.

Tłumaczenie i korekta bardzo dobre. Znalazłem jedną niedokładność związaną z oznaczeniami francuskich czołgów (jest Somua H 35 i Hotchkiss S 35 a powinno być Somua S 35 i Hotchkiss H 35).

Generalnie praca jest poprawna. Zdecydowanie jednak skierowana do czytelników dopiero zaczynających się interesować historią polskiej broni pancernej. Szczerze mówiąc, nie bardzo rozumiem dlaczego Wydawnictwo z Oświęcimia zdecydowało się na wybór tej pozycji do tłumaczenia.

Moja ocena: 3,5/6

Książkę można nabyć u Wydawcy oraz w sklepie internetowym FortGier.pl

http://fortgier.pl/p/32/24551/polska-bron-pancerna-blitzkriegu—czasy-najnowsze-xx-xxiw-ksiazki-ksiazki-historyczne.html