IZERA i YPRES. Kampania we Flandrii 1914 – Krzysztof Marcinek

T295342

W 2013 roku zabrzańskie wydawnictwo InfortEditions udostępniło Czytelnikom pracę Krzysztofa Marcinka pod wyżej wymienionym tytułem. Książkę tę przeczytałem półtora roku temu. Pisze mi się o niej niezwykle ciężko, albowiem to kolejna genialna praca, która ukazała się na naszym rynku wydawniczym.

Praca liczy 391 stron, podzielona została na jedenaście rozdziałów, aneksy, spis map oraz bibliografię.

Tym razem nie będę omawiał co zawierają poszczególne rozdziały. Niech za rekomendację wystarczy, że książkę zacząłem czytać trzy dni przed wyjazdem z urlopu i skończyłem ją ostatniego wieczora. Książka dotyczy zagadnień związanych z tzw. „wyścigiem do morza” tj. koncepcją przełamania początkowego pozycyjnego impasu jesienią 1914 roku.

Autor bardzo sprawnie porusza się między różnymi punktami widzenia. W mojej ocenie nie sposób wskazać ku której stronie kierują się jego sympatie. Tym bardziej książka zyskuje na wartości, że jest tak bardzo stonowana. Powiedziałbym nawet, że Krzysztof jest wręcz wyzuty z emocji, ale obawiam się, że mógłby się na mnie obrazić.

Opis przebiegu bitwy jest wartki, język autor świetny. Cały opis znajduje swoje „korzenie” w bibliografii, która liczy 12 stron i zawiera zarówno teksty źródłowe, jak i opracowania.

Jedyny błąd jaki dostrzegłem to nieprawidłowe tytułowanie kontradmirała Hooda (w książce, wedle nomenklatury NATO jest wiceadmirałem). Dla mnie to jedyny błąd (kurcze, aż niezręcznie mi pisać, że to błąd).

Krzysztof idealnie wstrzelił się w pożądany temat. W naszej rodzimej literaturze wojskowej jak na lekarstwo można szukać publikacji o przebiegu działań wojennych w początkowym okresie wojny na froncie zachodnim.

Przepraszam Was bardzo drodzy Czytelnicy, ale naprawdę ta książka jest świetna.

Nie mam więcej uwag, poza drobnymi błędami w druku, charakterystycznymi dla wydawnictwa.

Gorąco zachęcam do lektury wszystkich zainteresowanych przebiegiem działań wojennych w czasie pierwszego, manewrowego okresu wielkiej wojny.

Książka jest dostępna na wtórnym rynku, gdzie osiąga ceny ok. 150 zł. Dla osób zainteresowanych przebiegiem I Wojny Światowej jest to cena, wg mnie, akceptowalna. Jednakże proszę pamiętać, ze jest to w ogóle świetna książka  zakresu historii wojskowości. Dlatego krąg odbiorców może być większy.

Książkę bezapelacyjnie polecam. Świetna, na temat w zasadzie w Polsce nie znany. Narracja ciekawa i wartka. Dla mnie obowiązkowa pozycja nie tylko dla pasjonatów Wielkiej Wojny , ale też ogólnie zainteresowanych historią wojskowości.

Moja ocena 6/6

CHERONEJA – Jacek Rzepka

106402235o

W 2011 roku wydana została w serii Ars Belli, cenionego wydawnictwa Attyka, Cheroneja traktująca o decydującej bitwie utrwalającej na kolejne stulecie hegemonię Macedonii w Grecji. Autor (obecnie dr hab.) przybliżył nie tylko sam przebieg bitwy, ale również sztukę wojenna Greków i polityczne tło wraz z drogą Filipa II do bycia hegemonem na Półwyspie Peloponeskim.

Praca liczy 216 stron, w tym ilustracje. Została podzielona na osiem rozdziałów, a każdy z nich z kolei na mniejsze podrozdziały, dzięki czemu książka jest bardziej przejrzysta a lektura przyjemniejsza.

W pierwszym rozdziale autor prezentuje i omawia materiały źródłowe wykorzystane w pracy. Drugi zaś Rzepka poświęca na przestawienie sytuacji politycznej regionu w IV wieku przed naszą erą. Treścią trzeciego rozdziału jest wojskowość stron konfliktu. Autor porównuje obywatelskie armie greckie ze zreformowaną armią macedońską. Czwarty koncentruje się na relacjach ateńsko – macedońskich w przededniu wybuchu wojny. Następnie autor przechodzi do opisu tytułowej bitwy, przedstawia topografię pola walki, rekonstruuje ordre de bataille Macedończyków i Greków, oraz przebieg samego starcia. W siódmym rozdziale czytelnik może zapoznać się z działaniami dyplomatycznymi podjętymi przez króla Macedonii po zwycięstwie nad Kefissos, mającymi na celu rozbicie sojuszu tebańsko-ateńskiego. Ostatni stanowi podsumowanie roli jaką odegrała bitwa pod Cheroneją w historii Grecji.

Recenzowana książka jest publikacją napisaną językiem popularnonaukowym. Absolutnie nie oznacza to, że cierpi na tym jej warstwa merytoryczna. W książce wykorzystano bowiem cały aparat naukowy. Autor nie tylko rekonstruuje tytułową bitwę, lecz oddaje także szeroką panoramę epoki.

Podkreślić należy, iż praca prof.  Rzepki jest pionierskim projektem na rynku. W literaturze polskiej nie było do tej pory żadnej monografii tej bitwy. W latach 70 ukazała się książka profesora Krawczuka, Groby Cheronei, która poruszała tą tematykę, jednakże praca ta skupiała się przede wszystkim na aspektach politycznych, ograniczając do minimum kwestie militarne. Czytelnik zainteresowany konfliktem pomiędzy Macedonią, a państwami greckimi mógł skorzystać z prac przede wszystkim N. Hammonda, przełożonych na język polski, na przykład: biografii Aleksandra Wielkiego, Flipa II, czy syntezy dziejów państwa Macedońskiego – Starożytnej Macedonii, w których bitwa cheronejska została dość dokładnie opisana. Jednak dopiero  omawiana książka jest pierwszą pełną monografią bitwy pod Cheroneą na polskim rynku wydawniczym.

Niewątpliwą zaletą książki jest nowatorskie spojrzenia przez autora na szereg kwestii związanych z przebiegiem tytułowego starcia. Rzepka kwestionuje powszechnie panującą opinię, jakoby triumf w bitwie Makedonowie zawdzięczali kawalerii. Zdaniem profesora główny ciężar spadł na piechotę macedońską z prawego skrzydła. Zwraca on uwagę, iż przełomowym momentem starcia wcale  nie było uderzenie hetajrów Aleksandra na Święty Zastęp, ale pozorowany odwrót piechoty Filipa na prawym skrzydle, prowadzący w konsekwencji do rozerwania szyku Greków. Tym samym Rzepka, rozprawia się z często powielaną w opracowaniach nowożytnych opinią jakoby zwycięstwo Macedończyków było zasługą młodego Aleksandra.

Autor kwestionuje także z N. Hammondem i J. Kromayerem na temat pozycji zajętych przez Greków i długości frontu, odrzucając ustalenia wcześniej wspomnianych historyków i przedstawiając własną teorie na temat ustawienia Greków, którzy według Rzepki, mieli zajmować pozycję od akropolu Cheronei, aż do miejsca gdzie później usypano polyandrion.

Profesor odrzucił także dotychczasowe ustalenia dotyczące roli kawalerii sprzymierzonych w bitwie, jak i miejsce jej rozwinięcia. Przyjmując liczebność zgodnie z ustaleniami Hammonda, Rzepka wskazał, że jazda grecka nie stanowiła odwodu, tak jaj sugeruje to wyżej wymieniony brytyjski uczony oraz Peter Green w swojej klasycznej już biografii Aleksandra. Zdaniem polskiego autora jazda ta została rozwinięta na skraju prawego skrzydła, osłaniając Święty Zastęp.

Bibliografia liczy 9 stron, zawiera źródła, teksty epigraficzne i opracowania. Wśród opracowań dominuje literatura obcojęzyczna, przeważają prace pisane w języku angielskim ale również niemieckim, francuski i polskim.

Od strony edytorskiej książka prezentuje się bardo dobrze, co zresztą jest już normą w wydawnictwie Attyka. Do pracy dołączono wkładkę zwierającą wiele ilustracji, kolorowych zdjęć – przedstawiających współczesne miejsca w Grecji i Macedonii opisywane w książce. Ponadto dodano trzy mapy, przedstawiające Grecję właściwą i świat egejski w IV wieku przed naszą erą oraz Macedonię. Dodatkowo zamieszczone zostały dwa plany bitew, jeden w rekonstrukcji autora, drugi według tradycyjnej rekonstrukcji. Na końcu książki, załączone są aneksy.

Bez wątpienia jest to jedna z najlepszych prac historycznych, dotyczących antyku, jaka ukazała się w Polsce. Autor łączy niezwykle wysoki poziom merytoryczny z doskonałą i przyjemną do odbioru narracją. Prezentuje także świeże spojrzenia na opisywane zagadnienia. Nie brak mu także odwagi w stawianiu kontrowersyjnych tez. Jest to absolutny „must have”  każdego miłośnika starożytności, nie tylko zainteresowanego przebiegiem konfliktu pomiędzy Filipem II a koalicją greckich państw.

Jedynym minusem jest, biorąc pod uwagę bardziej popularny niż naukowy charakter pracy, to że autor nie pokusił się o przybliżenie wersji autorów, z  którymi polemizuje. Jest to jednak uwaga marginalna.

Książka, jest dostępna w księgarniach internetowych za ok. 40-45 zł i jest zdecydowanie warta tej ceny.

Moja ocena 6/6

PRUSKA IŁAWA 1807 – Tomasz Rogacki

352x500

W 2004 roku Dom Wydawniczy Bellona wydał stosunkowo niewielką książkę Tomasza Rogackiego o bitwie pod Pruską Iławą 8 lutego 1807. Jest to poprawiona wersja książki tego samego autora, która ukazała się w 1991 roku w Nakle.

Praca traktuje o zimowej kampanii wojny Francji z Prusami i Rosją zakończonej jedną z najkrwawszych bitew wojen napoleońskich – tułowym starciem.

Pozycja liczy 138 stron. Zawiera jedną wkładkę z czarno-białymi ilustracjami oraz jedną, dwustronną, rozkładaną mapę bitwy.

Książka została podzielona na wstęp, osiem rozdziałów i „ocenę”, stanowiącą swoiste zakończenie. Dodano również dwa aneksy. Pierwszy zawiera proklamację Napoleona, a drugi pobitewny Biuletyn Wielkiej Armii. Autor dodał również indeks nazw geograficznych obecnych polskich i niemieckich odpowiedników z początku XIX wieku.

Niewątpliwie zaletą przy wszelkich opisach operacji wojskowych jest przybliżenie czytelnikowi warunków terenowych w jakich armie działały. Tomasz Rogacki pokusił się w rozdziale pierwszym o sprostanie temu zadaniu. Nie mam jakiś zastrzeżeń od strony merytorycznej (geograficznej) do tej części pracy. Jednakże w świetle całokształtu pracy rozdział ten jest zbędnym. Nie ma bowiem żadnego przełożenia jego treści na resztę książki, jak też autor i wydawca nie opatrzyli tego rozdziału żadną mapą terenu i sieci drogowej. Czytelnik zupełnie został pozbawiony informacji jak warunki geograficzne wpływały na decyzje dowódców i wykonanie ich rozkazów.

Bardzo rozbudowane zostało order of battle. Z jednej strony jest to zaleta – znamy zarówno skład jak i liczebność wojsk. Z drugiej strony zawiera się ono na ok. 10% tekstu. Jego lektura może być zatem nieco żmudna.

Autor przyjął, moim zdaniem ze szkodą dla książki, koncepcję nie przybliżania czytelnikowi taktyki, formacji i uzbrojenia walczących armii. Czytelnikowi obeznanemu z wojnami napoleońskimi to nie będzie przeszkadzać, ale dla osoby pierwszy raz ściągającej po pozycję z epoki tych konfliktów trudno będzie orientować się w pewnych niuansach, szczególnie taktycznych.

W tekście brak bardziej szczegółowego omówienia planów. Wszelkie informacje na ich temat zawierają się na ok. trzech stronach.

Lektura kolejnych rozdziałów jest również lekko nużąca. Cały opis działań sprowadza się bowiem do wskazywania skąd, kiedy i do jakiej innej miejscowości pomaszerowały oddziały. Przy tym autor zastosował manierę używania nazewnictwa niemieckiego z początku XIX wieku (choć i tu zabrakło mu konsekwencji, bowiem szczególnie wobec większych czy bardziej znanych miejscowości, używa obecnych nazw polskich). Dodając do tego brak odpowiednich map, czytelnikowi bardzo trudno zorientować się jak w rzeczywistości te działania wyglądały. Tym bardziej, że co chwila trzeba zaglądać do aneksu na końcu książki dla odnalezienia polskiej nazwy.

Sam opis bitwy jest ciekawy, choć brak mu „chromu” w postaci wspomnień z epoki, szczególnie młodszych oficerów. Niewątpliwą zaletą tego rozdziału jest duża dwustronną mapa.

Książka zdecydowanie cierpi na klasyczną chorobę „pierwszej” publikacji. Pozostaje mi wyrazić żal, że autor bardziej pozycji nie dopracował.

Reasumując oceniam książkę na przeciętną (3/6).

Jest ona dostępna jedynie na rynku antykwarycznym

Strategiczna rola twierdz i umocnień w kampanii 1914 i 1915 roku na wschodzie – Roman Borzęcki

T250916

W 2013 roku ukazała się staraniem oświęcimskiego wydawnictwa praca płk Romana Borzęckiego pod wyżej wymienionym tytułem.

Jest to przedwojenny maszynopis, dostępny do roku wydania jedynie dla wąskiego grona specjalistów, zajmujących się walkami na ziemiach polskich podczas I Wojny Światowej.

Przyczyny, dla których praca nie ukazała się przed wybuchem wojny nie są znane. Wśród historyków dominują dwa poglądy na tę kwestię. Według pierwszego książki nie wydano z braku funduszy i wybuchu wojny. Zwolennicy drugiego poglądu twierdzą, że przyczyny miały charakter personalny. Płk. Borzęcki nie był członkiem Wojskowego Biura Historycznego, a jego praca mogłaby być tzw. „niechcianym podręcznikiem”.

Jednakże wywody te nie mają większego znaczenia, bowiem praca nie została ukończona. Jaka była tego przyczyna nie wiemy. Być może jedna z wymienionych. Wątpię, by książka po ukończeniu mogła pretendować do miana akademickiego podręcznika sztuki fortyfikacyjnej.

Książka liczy 128 stron. Nie zawiera żadnych zdjęć. Dołączono do niej ponad 20 szkiców i map. Autor podzielił swoją pracę na dziesięć rozdziałów różnej wielkości.

W dwóch pierwszych rozdziałach autor podjął próbę scharakteryzowania systemów obronnych Rosji i Niemiec pod wpływem ich planów operacyjnych. W mojej ocenie te dwa rozdziały są najciekawsze w książce. Doskonale pokazują różnice w podejściu do planowania wojennego obu stron z wyzyskaniem systemu fortyfikacyjnego. Cenną informacją było zestawienie wydatków Niemiec na budowę i modernizację umocnień stałych. Posiadają one największy walor poznawczy. Są też spójne (czego nie można powiedzieć o reszcie książki), choć w mojej ocenie można je jeszcze bardziej rozbudować. Dlaczego tak się nie stało – nie wiemy.

Kolejne rozdziały dotyczą już działań wojennych. Niestety mają bardzo nierówną wartość. W zasadzie wszystkie są zaprzeczeniem tezy, iż książka była pomyślana jako podręcznik akademicki na kursach fortyfikacji. Nie znajdziemy w niej żadnych podstawowych pojęć z zakresu fortyfikacji czy ewolucji systemów fortyfikacyjnych. Brak też określenia sposobów zwalczania fortyfikacji czy ich konstrukcji w oparciu o najnowsze trendy, dla zapewnienia skutecznej odporności.

Zresztą samo wyjaśnienie „strategicznej roli twierdz” w wywodach autora szwankuje. Tezy są lakoniczne, bez należytego uzasadnienia, czy wnikliwej analizy operacyjnej albo strategicznej. Bardzo często natomiast autor „schodzi” na poziom taktyczny, opisując walki o same twierdze albo wokół nich. Na ich podstawie wyciąga generalne wnioski, które znowu nie znajdują uzasadnienia w przytoczonych faktach. Brakuje powiązania między elementem taktycznym a operacyjnym, czy strategicznym. Do tego Borzęcki raczej bezkrytycznie podchodzi do relacji pasujących do jego punktu widzenia (np. zdanie Maxa Hoffmana na temat oddziaływania twierdzy królewieckiej na wojska Rennenkampfa).

Widać więc, że praca jest niespójna. Walor edukacyjny jest bardzo ograniczony (dostrzegam go jedynie w dwóch pierwszych rozdziałach). Dodatkowo, dla czytelnika mającego szerszy dostęp do literatury rosyjskiej, większość tekstu będzie na poły „odtwórcza”. Czytając niektóre fragmenty, miałem wrażenie, że skąd je znam. Otwartą kwestią pozostaje w jaki sposób pan pułkownik wszedł w posiadanie międzywojennej literatury fachowej radzieckiej.

Ogromną zaletę pracy są szkice własnoręczne autora. Szkoda, że nie wszystkie się zachowały. Szwankuje także ich numeracja (widać, że w trakcie powstawania książki ulegała zmienia). Utrudnia to zapoznanie się z sytuacją. Jednak w stosunku do reszty jest to niewielki mankament.

Reasumując i aby nie znęcać się nad Wydawcą – moim zdaniem pomysł na wydanie pracy Borzęckiego był raczej chybiony.  Niewątpliwą zaletą są szkice. Bardzo dobre. Wadą brak kilku istotnych (w tym twierdzy przemyskiej). Największym mankamentem jest jednak niedopracowanie tego tekstu. Dodatkowo jest on trudny w lekturze. Zresztą nie jest on przytaczany w bibliografiach książek opisujących kampanie na froncie wschodnim po 1990 roku (są wyjątki oczywiście). To także świadczy o jego wartości. Od biedy mogłyby po książkę sięgnąć osoby, które mają problem z cyrylicą a interesuje ich „zdobywanie” twierdz w toku I Wojny Światowej.

Moja ocena 2/6 (szkice podniosły ocenę).

Książkę można  kupić u wydawcy (aktualnie w całkiem dobrej cenie).

http://napoleonv.pl/p/23/240/strategiczna-rola-twierdz-i-umocnien-w-kampanii-1914-i-1915-roku-na-wschodzie-1914-1939.html

SPALONA ZIEMIA – Paul Carell

56ba8cd710d13

W 2003 roku Dom Wydawniczy „Bellona” oddał w ręce czytelników tłumaczenie drugiej książki Paula Carella o wojnie na Froncie Wschodnim. Tym razem autor opisuje działania od stycznia 1943 do rozbicia Grupy Armii „Środek” na Białorusi w czerwcu 1944. Oczywiście, analogicznie jak w „Operacji Barbarossa”, ciężar narracji nie został rozłożony równomiernie na wszystkie trzy odcinki gigantycznego frontu. W „Spalonej Ziemi” uwaga Carella przede wszystkim koncentruje się na Grupie Armii „Południe” czy generalnie południowym odcinku frontu od styku z GA „Środek” po Morze Czarne. Działania bojowe na północnym i środkowym odcinku przedstawiono w bardzo niewielkim zakresie. Szczególnie niewiele miejsca zajmuje GA „Północ”. Opis jej walk obejmuje tylko rok 1943. Także GA „Środek” została mocno skrótowo potraktowana.

Książka liczy 500 stron. Zawiera przedmowę autora i osiem merytorycznych części. Na końcu znajdują się dokumenty, wykaz map, skrótów oraz bibliografia. W pracy znajduje się 49 map oraz trzy wkładki z czarno-białymi zdjęciami. Mapy niestety bardzo ogólne, ale pozwalające zorientować się w sytuacji (choć zdaje sobie sprawę, że ta ocena może być przedmiotem sporych kontrowersji).

Ponieważ, w ocenie Paula Carella bitwa na łuku kurskim miała decydujące znaczenie dla dalszego przebiegu wojny na Wschodzie, książka zaczyna się od opisu tego starcia. Następnie, już w porządku w miarę chronologicznym, autor prowadzi na przez walki nad Donem, opisuje odwrót z Kaukazu, by przenieść się pod Leningrad i Wielkie Łuki. Potem znów wracamy na południe i w jednym bloku Carell przedstawia walki od sowieckich ofensyw na Charków w sierpniu 1943 po zajęcie Krymu wiosną 1944. Ostatnia część została poświęcona destrukcji GA „Środek” w operacji „Bagration”.

Jakość poszczególnych części, a nawet rozdziałów, jest nierówna. Oczywiście, podejmując się takiego trudu, naturalne jest prezentowanie opisywanych walk z perspektywy wyższych związków taktycznych i związków operacyjnych. Niestety ta perspektywa zostaje zachwiana przez poświęcanie szczególnej uwagi południowemu odcinkowi frontu. Bardzo słaby jest rozdział o bitwie kurskiej. Równie źle prezentuje się opis walk na Białorusi latem 1944. W mojej ocenie istnieje prawidłowość, która polega na tym, ze Carell więcej uwagi poświęca tym walkom, które można uznać za w jakiś sposób zwycięskie dla Niemców, a traktuje „po macoszemu” te, w których Wehrmacht poniósł zdecydowaną klęskę w jego opinii. Nie jest to miejsce na jakąś szczególną polemikę z poglądami Niemca na istotność tej czy innej bitwy. Należy pamiętać, że książka ta powstawała pół wieku temu. Dotknięta jest zatem licznymi ograniczeniami związanymi choćby z zupełnym brakiem dostępu do radzieckich archiwów. Także dziwić nie może prawie wyłącznie, w zdecydowanie większym stopniu niż w „Operacji Barbarossa”, perspektywa niemiecka. Oczywiście, autor w opisie „schodzi” na poziom pojedynczego żołnierza. Zabiegów takich jest jednak zdecydowanie mniej, niż we wcześniejszej części. Narodowość autora oczywiście koreluje z wyraźną sympatią dla konkretnej strony. Niestety prowadzi to do ciągłego utyskiwania Carella a to na Hitlera, a to na braki w ilości wojsk, w uzbrojeniu, na przewagę liczebną wroga. Często są one wręcz kuriozalne i sprzeczne z zasadami sztuki wojennej (jak narzekania na wielką przewagę liczebną Rosjan – uzyskanie przewagi liczebnej w punkcie ciężkości jest jedną z elementarnych zasad; swoją drogą podczas opisów walk latem 1941 czy 1942 Niemcowi nie przeszkadzało wyzyskiwanie tej zasady przez Wehrmacht). Jest to po 200 stronach mocno nużące. Autor skrzętnie pomija temat niemieckich zbrodni wojennych, ale podkreśla fakt ewakuacji z wojskiem niemieckim cywili tych nacji ZSRR, które Niemców wspierały.

„Tradycyjnie” szwankuje tłumaczenie. Uległo ono poprawie w stosunku do „Operacji Barbarossa”, jednak dalej pozostawia dużo do życzenia. Prawie zniknęły „strzelające rury” i pojawiły się w to miejsce „lufy”, ale w dalszym ciągu mamy „zestrzelone” czy „leżące” czołgi. Wciąż niemieckie „Herres Gruppe” tłumaczone jest jako „Grupa Wojsk” zamiast „Grupa Armii”.

Mimo to książka jest wartościowa i, tak jak w przypadku wcześniejszej pracy Carella, uważam, że wśród polskich historyków niedoceniana lub lekceważona.

Konkludując, książka z pewnością słabsza od „Operacja Barbarossa”, ale również warta przeczytania. Przy lekturze należy koniecznie pamiętać o ograniczeniach, z jakimi przyszło autorowi się skonfrontować.

Moja ocena 4- (3,85)/6

Książka jest dostępna w większości księgarni.

OPERACJA BARBAROSSA – Paul Carell

bb23b40a55d7481cad5e0001ab0973647ab97c54

Nie zapomniałem o WAS Drodzy Czytelnicy mojego bloga. Czytam, ale obowiązki rodzinne i zawodowe nie pozwalały na wcześniejszą publikację wpisu o lekturach i grach. Teraz mam trochę czasu i postanowiłem braki uzupełnić.

W 2000 roku, po blisko czterech dekadach od pierwszego niemieckiego wydania, ukazało się polskie tłumaczenie wymienionej w tytule pracy. Wydawca – Dom Wydawniczy Bellona w Warszawie – co jakiś czas „odkurza” pierwsze polskie wydanie i włącza do czytelniczego obiegu kolejne w zmienionej szacie graficznej. Z pewnością świadczy to o popularności tematu i wciąż zainteresowanych nabywcach. Z jednej strony to dobrze, z drugiej – o czym przykro mówić, polskie wydanie ma liczne mankamenty.

Książkę czytałem pierwszy raz dawno temu – w 2003 lub 2004 roku. Ale jakoś w październiku kolega zapytał czy znam twórczość Paula Carella i co o niej sądzę. Zamiarem mego kolegi było nabycie zestawu książek niemieckiego autora, ale nie chciał brać ich „w ciemno”. Odpowiedziałem, że czytałem i mnie nie „powaliła”. Ale zreflektowałem się, iż mój negatywny stosunek do książki bardziej opiera się na przeczytanych w sieci opiniach niż własnej pamięci. Umówiliśmy się, że przeczytam książkę raz jeszcze i podzielę się z kolegą opinią. Przyznam, że do lektury przystępowałem nastawiony niezbyt przychylnie do książki.

Mam wydanie z 2000 roku i moje informacje opierają się o tę pracę. Liczy ona sobie 592 strony. Podzielona jest na dwa tomy, z których na pierwszy składają się trzy części, a na drugi cztery plus dodatek z dokumentów i schematów organizacyjnych. Autor rozpoczyna narrację od ostatnich godzin przed inwazją Niemiec na ZSRR 22 czerwca 1941. Opowieść kończy zaś kapitulacją 6 Armii w Stalingradzie.

Carell narrację prowadzi przede wszystkim na poziomie operacyjnym – działania korpusów i armii stanowią trzon jego opisów. Wynika to głównie z dostępności materiałów źródłowych oraz z faktu, że autorowi łatwiej było dotrzeć do wyższych oficerów niż żołnierzy. Jednak często, szczególnie w przypadku ważnych wydarzeń, schodzi on na poziom pojedynczego żołnierza. Zabieg ten czyni lekturę łatwiejszą i przyjemniejszą w odbiorze.

Przystępując do lektury należy pamiętać, że książka powstawała pod koniec lat 50-tych i na początku 60-tych ubiegłego wieku. Po pierwsze mamy więc przede wszystkim perspektywę niemiecką. Po drugie bardzo ograniczone źródła sowieckie w postaci oficjalnej (czytaj „zakłamanej” Historii Wielkiej Wojny Ojczyźnianej) i wspomnień radzieckich marszałków i generałów. Oczywiście autor z nich korzystał, ale w niewielkim tylko zakresie. W konsekwencji praca zawiera trochę błędów. Carell niektóre zdarzenia przecenia, innych niedocenia. Zdarzają mu się także oczywiste omyłki (jak np. powołanie się na informacje od Sorgego wówczas, gdy ten został już zatrzymany przez Japończyków). Nie zmienia to jednak wysokiej mojej oceny merytorycznego poziomu pracy.

Problemem naszego wydania jest tłumaczenie. Jest ono po prostu słabe. Tłumacz (oficer WP) ma zdecydowany problem z terminologią wojskową. Mamy więc „zestrzelone” i „leżące” czołgi. Nagminnie występują „rury” zamiast luf. Powszechna jest „grupa wojsk” zamiast „Grupy Armii”. Mylone są dywizje pancerne z piechoty. Dodatkowo rodzime tłoczenie nieco „zinfantylizowano”. W jednym miejscu tłumaczenie jest błędne.

Reasumując, zgadzam się że Stevem Newtonem i Davidem Glantzem, że książka Carell jest nadal wartościową. Niestaty, ale przydałoby się nowe, lepsze jej tłumaczenie na polski.

Moja ocena 4/6

Książka dostępna bez problemu w księgarniach.

PRUSSIA’S DEFIANT STAND – najlepsza gra dwuosobowa o wojnie siedmioletniej?

pic238336

Gra wydawnictwa Worthington Games przenosi nas w czasy panowania budowniczego potęgi Niemiec, króla Prus Fryderyka II, a dokładnie wszczętej przez niego wojny o hegemonię w Europie Środkowo – Wschodniej. Mowa oczywiście o tzw. Wojnie Siedmioletniej, którą była pierwszą wojną o światowym zasięgu. W Polsce do tej pory nie ukazała się żadna gra operacyjna czy taktyczna w tej tematyce. Zresztą z polskiej literatury naukowej bądź popularno – naukowej, pozycje taktujące o tej wojnie w dalszym ciągu są nieliczne, choć w końcu doczekaliśmy się solidnej, kompleksowej pracy prof. Szabo (dzięki staraniu Wydawnictwa NapoleonV). Po grę sięgnąłem kilka lat temu, zainspirowany przez Kolegę „alensztajnera”, choć przyznam, że prostota przepisów wzbudziła moje obawy o jakość rozgrywki. Po pierwszych grach byłem jednak mile zaskoczony, a rozgrywka okazała się tak wciągająca, że potem zagrałem jeszcze kilkadziesiąt partii. Mam nadzieję na kolejne, równie interesujące, spotkania z Kolegami z Płocka i z prezentowaną grą.

pic630093_md

Gra koncentruje się na zagadnieniach związanych z operacjami militarnymi na terenie Królestwa Prus (z Prusami Wsch. włącznie), Saksonii, wschodniej Bawarii, zachodniej Polski, Śląska, Czech i Moraw oraz Słowacji. Określiłbym ją jako strategiczno – operacyjną, z taktycznym elementem – nader ciekawym – tj. możliwością rozgrywania bitew na odrębnej planszy. Prussia’s Defiant Stand to gra przeznaczona dla dwóch osób, z których jedna gra Prusami, a druga koalicją austriacko – francusko – rosyjską.

Wykonanie, co kot więc przyniósł w worku

Komponenty gry zapakowane są w solidne, kolorowe i bardzo ładnie wykonane pudełko. Biorąc je do ręki ma się wrażenie, że wytrzyma bezpośrednie trafienie co najmniej 75 mm pociskiem burzącym. W środku znajdziemy ok. 100 bloczków w 4 kolorach (czarny, szary, zielony i niebieski), naklejki na bloczki, 33 karty, mapę, karty pomocnicze, planszę do rozstrzygania bitew, kolorową instrukcję do gry i kostki sześcienne. Bloczki są lekkie i wykonane z bardzo twardego drewna, co gwarantuje, że nie wyszczerbią się przypadkowo w trakcie intensywnego używania gry. Równie solidna jak bloczki i pudełko jest mapa do gry. Składana na 4 części, naklejona jest na bardzo grubą tekturę. Mapa jest wykonana w technice point – to – point. Pola przedstawiają większe oraz istotniejsze miasta okresu (np. twierdze, większe aglomeracje miejskie itp.). Miasta oznaczone są symbolem ratusza. Jest to najsłabsza strona mapy, gdyż pola są tak niewielkie, iż nie da się na nich ustawić więcej niż 2 jednostki. Trzeba tworzyć piramidki z bloczków aby zmieści armię na polu. Twierdze oznaczono dużymi gwiazdami Dawida z symbolem ratusza wewnątrz. Na mapie oznaczono dwa rodzaje połączeń – zwykłe i trudne (te ostatnie to przede wszystkim na pograniczu śląsko – saksońsko – czeskim). Trudne nie zwiększają kosztów ruchu, ale w istotny sposób wpływają na bitwy. Moje wątpliwości budzi również kolorystyka mapy. Uważam, że jest nieco za zimna i trochę zbyt monotonna. Zupełnie odmiennie prezentuje się pod tym względem instrukcja do gry, której kolorystyka jest bardzo atrakcyjna. Liczy ona 16 stron wraz z okładką i krótkim rysem historycznym. Karty do gry zawierają klimatyczne obrazki, choć są nieco monotonne w kolorystyce – słowem – nic wielkiego. Najgorzej jednak prezentują się naklejki. Osobiście już wolałbym proste oznaczenia NATO niż te „bohomazy” mające reprezentować piechotę i jazdę. Dowódców oznaczono godłami państwa. .

Ogólnie szata graficzna nie jest powalająca i w mojej ocenie, to najsłabszy element gry.

Czasu miłe spędzanie – czyli granie

Prussia’s Defiant Stand, mimo że bloczkowa, to jest typowym „Card Driven Game”. Aby wykonać jakąkolwiek czynność w grze trzeba zagrać kartę. Na karcie mamy wskazane punkty dowodzenia (jedną bądź dwie wartości, o czym dalej) oraz opis wydarzenia. Gros wydarzeń opisanych na kartach odnosi się do bitew, manewrów, zaopatrzenia, uzupełnień. Ze zdarzeń stricte historycznych jedynym jest wpływające na śmierć carycy Elżbiety. Odnośnie wspomnianych punktów dowodzenia to pozwalają ona na aktywację i wprowadzanie nowych jednostek. Jeśli na karcie znajdują się dwie wartości dowodzenia oddzielone od siebie pionową kreską, wartość przed kreską odnosi się do strony koalicyjnej, a ta po kresce do Prus. Uzupełniać wojska można tylko za pomocą specjalnych kart, określającej ilośc dostępnych uzupełnień. Aktywuje się dowódców. Koszt aktywacji każdego wynosi 1 pkt dowodzenia. Koszt wystawienia nowej jednostki oraz miejsce jej umieszczania na planszy zależy od typu formacji. Za punkty dowodzenia można również podności jakość twierdz. Jednak w tym wypadku kosztem jednego punktu można podnieść tylko jeden poziom twierdzy na etap na twierdzę (czyli mając 3 punkty dowodzenia można podnieść w danej akcji o poziom 3 twierdze).

Rozgrywka podzielona jest na lata od 1756 do 1763, a te na 6 tur w tym tura zimowa. Aktywne działania toczy się w 5 podstawowych turach, zaś zimą jedynie poprzez zagranie wydarzenia „Kampania zimowa” możliwe jest aktywowanie do operacji jednego wodza. Gracze otrzymują po 7 kart w każdym roku gry (za wyjątkiem pierwszego roku). Liczba kart może być mniejsza, np. w wyniku zdobycia stolicy wroga. W każdej turze zagrywa się jedną kartę na poczet operacji. Jeśli nie mamy kart albo nie chcemy ich zagrywać, możemy spasować. Nie można zachować kart na następny etap (rok) gry.

pic276916_md

W grze występują trzy typy jednostek – piechota, kawaleria i dowódzcy. Specyficzne zasady mają twierdze i ich załogi. Dowódcy to nie tylko sami wodzowie (Fryderyk II, arcyksiąże Karol czy marszałkowie albo generałowie) i ich sztaby, ale także artyleria, wojska inżynieryjne itp.. Na każdym bloczku oznaczna jest siła jednostki (za pomoca pionowych kresek). Wyznacza ona ilość kostek jaką jednostka może uzyć w bitwie. Nadto oznaczono ruchliwość i tzw. „combat factor”, który wskazuje jaką wartość trzeba wyrzucić na kości aby skutcznie razić przeciwnika.

Jednostki ruszają się w ramach armii. Ilośc jednostek w armii zależy od aktulanej siły dowódcy, a zależność ta jest bardzo prosta – ilość jednostek, którą można liderowi podporządkowoć wynosi dwukrotność jego aktualnej siły. Limit ten sprawdza się w aktywacji oraz w fazie zaopatrzenia. W konsekwencji oznacza to, uprzedzając nieco tok recenzji, iż po bitwie może być dowódcy podporządkowane zbyt wiele jednostek. Jednostki w armii mają taką ruchliwość, jak dowodzący nimi liderzy. Dopuszczalna jest koncentracja, co polega na „ściąganiu” jednostek znajdujących się w zasiegu wodza (dokładnie w odległości do dwukrotności ruchliwości koncentrowanych jednostek). W podobny sposób dowódca może rozsyłać jednostki z miejsca postoju armii do innych miast. Jednostki można w czasie marszu pozostawiać po drodze, ale nie można ich „zbierać”. Autorzy gry przewidzieli możliwość wykonania forsownego marszu o jedno dodatkowe pole w stosunku do ruchliwości armii bądź jednostek. Korzystając z forsownego marszu należy mieć na uwadze, iż część jednostek może jednak nie dojść do docelowego miasta, a inne mogą pomieść straty.

Bardzo w Prussia’s Defiant Stand podobają mi się bitwy. Z jednej strony są proste, a z drugiej wymagają rozważenia wielu czynników. Naistotniejsze dotyczą zarówno momentu zaatakowania wroga jak i ewentualnego wycofania z bitwy tj. wybrania odpowiedniej chwili. Zarówno w jednym jak i w drugim wypadku kluczową rolę odgrywają karty. Sam fakt rozgrywania bitwy na osobnej planszy nie oznacza oczywiście, iż będziemy mieli tam do dyspozycji całe spektrum taktycznych manewrów i innych charakterystycznych dla tej skali fajerwerków. Sposób rozstrzygania bitew porównałbym, ale tylko częściowo, do rozwiązania znanego z polskiej gry „Hannibal Barkas”. Plansza bitewna dzieli się na trzy części, w których umieszczamy odpowiednio dowódców, piechotę i kawalerię. Wojska walczą kolejno właśnie w tej kolejności. Pewne specjalne zasady dotyczą kawalerii, gdyż sposób walki tych oddziałów, a dokładnie przeciwko komu one walczą, zależy od ich wzajemnego stosunku. Walka toczy się w rundach, których ilość jest nieograniczona, a walka trwa tak długo, aż jedna ze stron się z niej nie wycofa albo nie ulegnie eliminacji. Gracze rzucają kostkami, za każdą jednostkę. Ilość kostek zależna jest od siły jednostki (jednostka o sile dwa rzuca dwiema kośćmi). Wyniki porównuje się z „combat factor” na jednostkach i jeśli jest on tej cyfrze równy bądź wyższy, jednostka uzyskała trafienie. W pierwszej rundzie, o ile nie zostanie zagrana właściwa karta, jako pierwszy rzuca obrońca i atakujący musi zaaplikować zadane mu straty (chyba, że karta coś pozwoli mu oszczędzić). Kolejne rundy rozstrzygane są symultanicznie. Wszystkie jednostki, za wyjątkiem dowódców, wyeliminowane w toku walki albo reorganizacji po niej, są „odtwarzalne”.

pic276921_md

Ważne jest także zaopatrzenie. Zaopatrzone są jednostki, które mogą pociągnąć do bazy zaopatrzenia linię komunikacyjną (bazami są stolice Austrii i Prus oraz dwa pola startowe dla Francji i Rosji, a także Królewiec dla pruskich wojsk w Prusach Wschodnich). Generalnie można przeprowadzić linię przez własne, niekontrolowane przez przeciwnika pola. Jeśli idzie o terytorium wroga oraz tereny neutralne (Polska i Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego) to zaopatrzenie biegnie przez pola, które są pod naszą kontrolą tj. znajduje się na polu kontrolowana przez nas twierdza albo miasto w którym posiadamy garnizon. Konsekwencją braku zaopatrzenia jest redukcja wszystkich niezaopatrzonych jednostek o jeden poziom siły. Osobne zasady zaopatrzenia dotyczą tury zimowej. Należy przed tą turą umiejętnie rozdysponować wojska, gdyż brak zaopatrzenia zimą jest równoznaczny z eliminacją jednostki.

Dla zabezpieczenia pozycji jak i możliwości pociągnięcia linii komunikacyjnych, istotna rolę spełniają twierdze. Podobnie jak większość wojsk mają 4 poziomy siły. Twierdze zdobywa sie dwojako – przez szturm albo oblężenie. Szturmy rozgrywa się tak jak bitwy – na planszy bitewnej. Twierdza zadaje automatycznie tyle „hitów” przeciwnikowi ile wynosi jej siła. Wojska zamknięte w twierdzy walczą normalnie. Oblężenie odbywa się w ten sposób, że na koniec każdego etapu oblegający rzuca kością i jeśli uzyska wynik co najmniej 7 (oczywiście z uwzględnieniem modyfikatorów, przede wszystkim za różnicę między aktualną siłą twierdzy a maksymalną) twierdza poddaje się. Jeśli rzut się nie powiedzie, siła twierdzy ulega obniżeniu o jeden, ale maksymalnie do 1 (czyli niżej nie spadnie, musi być udany rzut na oblężenie). Jeśli w twierdzy są jednostki, uważa się je za niezaopatrzone. Aby nie tracić poziomów siły w wojsku zamkniętym w twierdzy należy dodatkowo obniżyć poziom siły twierdzy o jeden za wszystkie jednostki (jest to rozwiązanie proste ale mocno sztuczne).

Punkty zwycięstwa przyznaje się za kontrolę określonych miast. Zdobycie stolic nie prowadzi do automatycznego zwycięstwa, ale prowadzi do obniżenia dostępnych na ręku kart. Także oznacza kłopoty z zaopatrzeniem. Zwycięża ten z graczy, który uzyska więcej punktów zwycięstwa. Gra może zakończyć się przed czasem, gdy grający kolaicją osiągnie 10 punktów zwyciąstwa ewentualnie, grający Prusami 9.

Uwagi ogólne i ocena

Odnosząc się do redakcji przepisów, ich przejrzystości, muszę podkreślić, iż lektura instrukcji do gry nie sprawia kłopotów, aczkolwiek nie jest ona zupełnie klarowna. W ogóle nie przewidziano sytuacji, w której gracze np. podczas bitwy zagrywają identyczne karty (np. w rundach walki, gdzie walka ma charakter symultaniczny gracze zagrywają karty dające im pierwszeństwo ostrzału np. piechoty). Żaden przepis również nie precyzuje jak daleki może być forsowny marsz, co więcej nie naprowadza na odpowiedź żaden przykład. Znaczną pomoc znajdziemy w erracie na stronie wydawnictwa. Na szczęście wystarczy odrobina zdrowego rozsądku, aby wyjść z impasu.

pic278958_md

w Prussia’s Defiant Stand jest bardzo ciekawą grą. Wielkimi jej zaletami jest interakcja, prostota przepisów i czas rozgrywki. Dodatkowego smaczku grze dają bitwy toczone na odrębnej planszy. Maksymalny czas rozgrywki oceniam na ok. 4 godziny wraz z rozstawieniem, jednak rozegranie wszystkich etapów będzie raczej rzadkością.

Jestem zdania, że wymieniony w recenzji wady nie zniechęcą Czytelnika do sięgnięcia po tę pozycję. Jest to jedna z  najlepszych gier dwuosobowych w jakie grałem, . Według mnie jest to idealna pozycja na zbliżające się zimowe wieczory.

Moja ocena 7,5/10

Gra dostępna tylko na rynku wtórnym.

NARZĘDZIA MROKU – Alfred Price

narzedziamroku

Wydawnictwo Dolnośląskie w 2006 roku oddało do rąk czytelników książkę Alfreda Price’a pt. Narzędzia mroku. Historia walki radioelektronicznej 1939-1945. Nie jest to nowa pozycja. Pierwsze wydanie w Wielkiej Brytanii ukazało się 50 lat temu. W mojej ocenie nie straciła jednak nic na aktualności. Przede wszystkim dlatego, że autor był oficerem RAF-u w czasie II Wojny Światowej latającym na bombowcach. Doskonale więc zna opisywane w książce urządzenia, a używane przez samoloty podległe Bomber Command.

Pozycję zakupiłem zupełnie przypadkowo, kilka lat temu w namiocie z tanią książką nad morzem. Sięgnąłem po nią niedawno, zachęcony przez Kolegę, by zagrać z synem w grę planszową GMT Bomber Command (traktującą o nocnych nalotach RAF na Niemcy w latach 1943-1945). Czytając instrukcję do gry (przekład autorstwa Kolegi – Andrzeju serdecznie pozdrawiam 🙂 ) umilałem sobie czas lekturą Narzędzi w mroku.

Polskie wydanie liczy 330 stron, podzielonych na słowo wstępne (autorstwa sir Roberta Cockburna), podziękowań, prologu i czternastu rozdziałów. Dodatkowo zawarto na końcu aneksy dotyczące najważniejszych naziemnych radarów niemieckich i japoński, stopni lotniczych oraz słowniczek terminów związanych z tekstem. Tłumaczenie jest świetne, wykonane ze znajomością rzeczy. W jednym przypadku doszło do niefortunnego przekręcenia imienia dowódcy Bomber Command (w tekście pojawia się Andrew zamiast Arthur). Tekst opatrzono również ponad 20 czarno-białymi ilustracjami oraz rysunkami. Zamieszczono także kilka mapek.

Bardzo trudno pisać o książkach dobrych. Ta jest fascynująca. Nigdy za bardzo nie interesowałem się mocno lotnictwem, ale po prostu podczas lektury czuje się profesjonalizm autora. Albert Price zaczyna swoją opowieść od lotu sterowca LZ130 (brat bliźniak słynnego Hindenburga) wzdłuż wschodniego wybrzeża Wielkiej Brytanii celem zbadania jej przestrzeni radiowej. Niemcy, dysponujący radarem, szukali wiązek radiowych podobnych urządzeń u Brytyjczyków. Oba mocarstwa dysponowały stacjami radiolokacyjnymi, ale o posiadaniu radaru u przeciwnika nie wiedziały. Następnie opisuje po kolei, jak Brytyjczycy i Niemcy prześcigali się w walce radiologicznej. O ile wiedziałem, że wbrew obiegowej opinii na początku wojny (lata 1939 -1941) przewaga leżała po stronie Niemców, to nie wiedziałem, że z początkiem wojny była ona aż tak znaczna. Niemcy nie dość, że dysponowały radarami dalekiego zasięgu, to ich okręty zostały jeszcze przed wojną wyposażone w radary artyleryjskie Seetakt. Brytyjczykom udało się to dopiero w 1941 roku. Price opisuje starania wyspiarzy zmierzające do zakłócenia działania urządzenia X Gerät, dzięki którym Niemcy mogli precyzyjnie bombardować cele bez ich widoczności. Autor zwraca uwagę w podejściu obu stron do kwestii oznaczania celów dla głównych wypraw. Niemcy robili to zbyt małą liczbą samolotów, co ułatwiało obronie mylenie sił głównych przez różne akcje pozoracyjne. W kolejnych rozdziałach przedstawiono powstanie i rozwój niemieckiej linii Himmelbet, kolejne doskonalenia radarów Freya i Würzburg, współpracę z nocnymi myśliwcami. Z drugiej strony zaprezentowano formy zakłócania działania tego systemu.  Nie wiedziałem, że aby wiedzieć jak działa Würzburg, konieczny stał się rajd na wybrzeże Francji (komandosami brytyjskimi dowodził mjr John Frost („specjalista” od mostów – zdobywał Most Primsole i most w Arnhem). Opis tej akcji (Operacja Biting) jest bardzo plastyczny i pokazuje skalę problemów, z jakimi musiała zmagać się niewielka bądź co bądź jednostka na wrogim wybrzeżu. Szczególnie ciekawie prezentuje się sprawa Window – zakłócania pracy radiolokatorów za pomocą specjalnie pociętych pasków folii aluminiowej zrzucanych przez samoloty brytyjskie w odpowiedni sposób. Nie miałem pojęcia, że Niemcy także pracowali nad tym rozwiązaniem! Nazwali tę metodę Düppel (dipol). Na osobisty rozkaz Göringa prace zostały jednak przerwane. Zaskoczenie wywołane tą metodą zakłócania pracy stacji radiolokacyjnych pozwoliło na osiągnięcie wielkiego sukcesu w Operacji Gomorrah. Opisy wybranych operacji, wspomnienia lotników, uczonych, specjalistów czynią lekturę bardzo strawną i jeszcze ciekawszą.

Niejako na uboczu głównego nurtu narracji pozostają Amerykanie i Japończycy. O potencjale USA nie ma się nawet co rozpisywać. Wiadomo, że był ogromny. Natomiast zaskoczony byłem, iż Japończycy posiadali stacje radiolokacyjne już w 1942 roku. Pierwszą Amerykanie zdobyli na Guadalcanalu. Jak zauważono, była ona bardzo prymitywna. Do końca wojny Japończycy pozostawali w dziedzinie radiolokacji daleko w tyle za Aliantami do końca wojny. Amerykańskie bombowce bez obaw mogły wykonywać misje bombowe nad Japonią, mimo wykrywania sygnałów stacji radiolokacyjnych.

Generalnie jest to książka świetna. Mimo upływu półwiecza od pierwszego wydania, jak dla mnie jest zupełnie wystarczającym źródłem informacji. Tym bardziej, że podobnej pozycji nie znalazłem w języku polskim. Wszystkim fascynatom lotnictwa gorąco polecam.

Moja ocena 5/6

Książka dostępna w drugim obiegu lub w „tanich księgarniach”.

 

Sword of Rome: Conquest of Italy

pic1994346_lg

Z grą tą miałem przyjemność zapoznać się ponad 11 lat temu w Łodzi, podczas sesji u nieocenionego Strategosa. Zaproponował wówczas rozgrywkę w tę pozycję mi, Darth Stalinowi i Nico. Gra tak bardzo się nam spodobała, że Darth zakupił egzemplarz do Płocka. W ciągu tych 11 lat wziąłem udział w ogromnej liczbie sesji z tą świetna grą, zarówno w wariancie 4 – jak i 5-osobowym.

Sword of Rome wraz z dodatkiem 5th Player Expansion przedstawia najważniejszy okres walk o panowanie nad Italią w IV i pierwszej połowie III wieku przed Chrystusem. W podstawowej wersji gra jest przewidziana dla 4 osób (oczywiście są warianty trzyosobowej i dwuosobowej rozgrywki), które mają do dyspozycji siły Celtów Nadpadańskich, Rzymu, Greków oraz koalicji etrusko – samnickiej. Są również niezależne siły Wolsków, Celtów Zaalpejskich oraz Kartaginy. Wspomniany dodatek umożliwia udział 5 gracza, zarządzającego siłami Kartaginy. W przypadku gry 5 – osobowej mamy więc tylko dwie niezależne potęgi: Wolsków i Celtów Zaalpejskich.

Opis gry zacznę tradycyjnie od komponentów i szaty graficznej. W solidnym pudełku znajdują sie dwie książeczki: jedna z regułami gry i tzw. playbook z scenariuszami i wskazówkami dla graczy oraz przykładową rozgrywką, mapa, ok. 250 żetonów do gry, 4 zestawy tabel pomocniczych dla graczy oraz 4 zestawy po 39 kart. Oczywiście dodano 6 kostek sześciennych. W dodatku (zapakowanym w strunową dużą folię) znajdują się ok. 60 żetonów, 55 kart, uzupełnienie reguł i dodatkowa plansza z tabelami, a także plansza pomocnicza.

Całość wykonana jest solidnie, ale nie „powalająco”. W mojej ocenie jakość grafiki w tej grze ustępuje innym znanym mi produktom tej firmy, choć to odstępstwo nie jest szczególnie rażące. Najładniejszym komponentem gry jest plansza, wykonana w konwencji „point – to – point”. Jest to po prostu mapa geograficzna Italii, wielkich wysp i okolic Tunisu w Afryce Północnej, na którą naniesiono pola i połączenia między tymi polami. Pola kontrolowane startowo przez poszczególne nacje oznaczono odpowiednimi kolorami (tzw. „home spaces”). Karty do gry są wykonane solidnie, ale od strony graficznej ubogo, poza kartą kampanii bez żadnych grafik z epoki czy nawiązujących do epoki. Żetony są w konwencji tych z The Ancient World, jednakże niepolakierowane, szybko się zużywają (ścierają). Zasady są napisane w sposób przejrzysty i przystępny. Są proste i na ich przyswojenie wystarczy jednokrotna lektura instrukcji. Dużą pomoc stanowi playbook.

Sword of Rome to typowa Card Driven Game (CDG). Każdy z graczy dysponuje własną talią 39 kart, z których jedna zawiera rozstawienie jednostek gracza, 2 są specjalnego użytku a pozostałe 36 aktywnie wykorzystuje się w grze. Jedynie zagranie karty umożliwia podjęcie jakichkolwiek działań. Każda karta może być w turze gracza zagrana na jeden z poniższych sposobów:

– w celu aktywacji wodza (karta „Kampanii” pozwala na aktywację dwóch wodzów),

– w celu podniesienia lojalności kontrolowanych miast lub przejęcia zajmowanych pól,

– w celu rekrutacji wojska (tylk karta o wartości operacyjnej 3),

– jako wydarzenie.

Każda karta ma określoną wartość operacyjną (jak w Ścieżkach Chwały czy Thirty Years War) wyrażoną liczbą od 1 do 3. Jeśli chcemy aktywować do ruchu wodza, to porównujemy jego współczynnik aktywacyjny z wartością karty (jak w Thirty Years War) i jeśli wartośc karty jest równa bądź wyższa to możemy ją zagrać w celu aktywacji. Wartość karty określa także ilośc punktów lojalności, o którą możemy „wzmocnić” nasze miasta lub zamienić na własne markery pod własnymi jednostkami. Niezależnych Wolsków, Celtów i, w wypadku gry bez rozszerzenia, Kartagine aktywuje się za pomocą specjalnych kart (Activation Neutral Power). W talii występują karty bitewne oraz karty zaskoczenia (lub odpowiedzi – „response card”), które pozwalają na ingerencję w aktywację innego gracza. Dodać należy, że każda talia jest zróżnicowana i uwzględnia specyfikę każdej z nacji uczestniczących w grze.

Sword of Rome to gra wojenna, a więc występuja w niej wodzowie i oddziały. Nie ma żadnych formacji, sa jedynie jednostki bojowe (combat units – CU), bez żadnego zróżnicowania. Różnice występują na poziomie wodzów. Są ich dwa rodzaje, nazwani reprezentujący postacie historyczne oraz tzw. mniejsi (minor leaders). Każdy z wodzów określony jest przez 2 współczynniki: inicjatywę (initiative rating) oraz współczynnik bitewny (taktics rating). Pierwsza wartość im niższa tym lepsza, druga odwrotnie – lepsza wyższa. Starcia rozstrzyga się w bardzo prosty sposób. Porównuje się ilość jednostek i uwzględnia ewentualny modyfikator (wystarczy spojrzeć do stosownej tabelki), modyfikatory za wodzów, ze walkę na własnym terytorium, z kart. Obaj gracze wykonują rzut trzema kośćmi a zwycięzcą zostaje ten którego wynik rzutu jest wyższy po zastosowaniu wszystkich modyfikatorów. Poza destrukcją siły zbrojnej przeciwnika, zwycięzca otrzymuje również punkty lojalności w ilości równej połowie zniszczonych jednostek przeciwnika. Może te punkty przeznaczyć na przejęcie pól przegranego, które przylegają do jego terytorium, zrewoltować mu pewne obszary bądź miasta, podnieść lojalność swoich miast. Efekt polityczny jest więc oddany w grze bardzo dobrze (aczkolwiek spotkałem się z zarzutami, iż jest on przesadzony). Umiejętne rozdysponowanie sił pozwoli przegrywającemu bitwę na odbudowę sił na koniec etapu dzięki posiłkom, które otrzymuje każdy z gracz. Ich wielkość zależy od kontroli określonych punktów na własnym terytorium – wyjątkiem jest oczywiście Rzym. W grze mamy również oblężenia, wyczerpanie, transport morski (tu prym wiedzie Kartagina), bunty najemników, przekupywanie konsulów, walki górskie, słowe wiele atrakcji.

Poza kartami efekt interakcji między graczami zwiększa możliwość zawierania przez nich sojuszy oraz zrywania ich (co jest jednak kosztowne, gdyż płaci się lojalnością).

Jak juz wspomniano, talie graczy są zróżnicowane. Nie są to jednak jedyne różnice między poszczególnymi głównymi nacjami. Każda z głównych sił w grze ma pewne specyficzne zasady, tylko i wyłącznie do niej przypisane (np. Celtowie nie mogą zachować żadnej karty na następny etap). Zasady te mają silne podstawy historyczne (w wypadku Celtów brak umiejętności planowania w szerszej perspektywie czasu).

Autor gry przede wszystkim chciał uzyskać jak najwyższą grywalność swojego projektu. Stąd dojść może do sytuacji, iż Pyrrus pojawi się w grze na jakieś 40 lat przed swymi urodzinami a Dionizos przetrwa całą grę (w chwili zakończenia rozgrywki miałby blisko 200 lat.).

Rozgrywka w Sword of Rome wraz z dodatkiem jest emocjonująca, choć w zasadzie jeden schemat jest pewny. Rzym, wcześniej lub później, zawsze staje się celem ataku wszystkich innych graczy (no chyba, że jakaś mniejsza koalicja wcześniej pobije gracza rzymskiego). Mechanika gry (zwłaszcza sojusze) pozwalają po klęskach w polu na odbudowę sił (jeśli jest na to czas) i włączenie się do walki o zwycięstwo. Gra trwa 9 etapów. W każdym etapie jest 5 akcji w czasie których gracze zagrywają karty. Gracze zagrywają karty w kolejności determinowanej ilością punktów zwycięstwa, od najniższej do najwyższej. Możliwe jest odniesienie zwycięstwa przed czasem. W zależności od etapu gry wymagana jest wówczas inna liczba punktów – mniejsza na początku i rośnie ona wraz z upływem etapów.

Jeśli idzie o historyczność, to „puryści” będą wylewali wiadra pomyj na ten tytuł. Pyrrus żyjący ponad 120 lat – dla nich to niepojęte. Prawda jest taka, że jest to pozycja bardzo luźno nawiązująca w aspektach „osobowych” do historii. Z drugiej strony lepiej grać jakąś znaną personą niż kimś anonimowym.

Reasumując gra Sword of Rome wraz z dodatkiem 5th Player Expansion jest bardzo udanym produktem zapewniającym dużo dobrej rozrywki. Niestety nie można tak wiele dobrego powiedzieć o grze bez dodatku. Wówczas rozgrywka staje się schematyczną (jak wielka różnicę czyni dodatkowe 55 kart i jeden gracz).

SZTUKA WOJENNA EUROPY ZACHODNIEJ W EPOCE KRUCJAT 1000-1300 – John France

T215811

W 2012 roku oświęcimskie wydawnictwo NapoleonV oddało w ręce czytelników pracę prof. Johna France’a pod wyżej wymienionym tytułem. Książkę po raz pierwszy w 1999 roku wydało brytyjskie wydawnictwo Routledge.

Publikacja, będąca syntezą, poświęcona została szerokiemu ujęciu sztuki wojennej zachodniej części naszego kontynentu. Autor omówił bowiem nie tylko zagadnienia stricte poświęcone działaniom bojowym, ale też korelacje między wojną i wojskowością a społeczeństwem średniowiecznym i finansami. Wiele tez postawionych przez autora wydaje mi się kontrowersyjnymi, ale nie mogę zarzucić France’owi, że w sposób wątpliwy je uargumentował.

Książka liczy 325 stron. Została podzielona na szesnaście rozdziałów oraz dodatek opisujący przebieg bitwy pod Bouvines. Na końcu znajduje się obszerna bibliografia oraz indeks.  Jako że, jak wspominałem, jest to praca syntetyczna, podział na rozdziały nie ma charakteru chronologicznego czy geograficznego a tematyczny. Jest to bardzo duże ułatwienie dla czytelnika, albowiem otrzymujemy w ramach konkretnego zagadnienia możliwość spojrzenia na jego zmiany z perspektywy długoletniej. Czytelnik nie musi więc wertować książki w poszukiwaniu interesującego go zagadnienia wojskowego, aby prześledzić zmiany w sztuce wojennej. Wybiera odpowiedni rozdział i albo zapoznaje się z jego treścią, albo wertuje w poszukiwaniu odpowiedniego fragmentu. Bardzo taki układ mi odpowiadał.

Nie będę opisywał treści poszczególnych rozdziałów. Raz, że jest ich dużo, po drugie doprowadziłoby to do mocnego rozrośnięcia się niniejszego tekstu. Poprzestanę na zwróceniu uwagi Czytelnika na wg mnie najważniejsze aspekty książki.

Przede wszystkim w pracy nie znajdziemy opisów i szyków formacji piechoty czy kawalerii, ani żmudnych zmian w uzbrojeniu. Rozdział o broni, zarówno ofensywnej jak i defensywnej jest krótki i zawiera najistotniejsze informacje. W ocenie autora progres w uzbrojeniu w owym czasie był niewielki i determinowany przede wszystkim rozwojem środków ochrony. Poza tym istniało niewiele ośrodków myśli wojskowej, które w zasadzie ograniczały się do dworów. Prowadziło to do rozproszenia wysiłku intelektualnego o ograniczenia w komunikacji utrudniały wymianę poglądów. Stąd wiele z tych nielicznych ośrodków rozważało te same zagadnienia.

W mojej ocenie najważniejszą tezę prof. France’a prezentuje w pierwszym rozdziale swojej książki. Jest to swoisty manifest autora. Podstawowa teza zasadza się na twierdzeniu, że wojna w latach 1000-1300 prowadzona była albo w celu powiększenia własności ziemskiej lub w celu obrony stanu posiadania. Wprost pada twierdzenie, że wojna była domeną właścicieli ziemskich. Nie chodzi oczywiście o każdego posiadacza, ale o elity rządzące (nie wyłączając duchowieństwa). Takie prywatne wojny ułatwiała słabość władzy królewskiej (lub książęcej). Słabość ta wynikać miała z dwóch przyczyn: król (książę), szczególnie w latach 1000-1200, był jednym z wielu posiadaczy ziemskich, często nie największym we własnym kraju (dla przykładu Plantageneci we Francji), ogromne trudności w komunikacji uniemożliwiały sprawowanie efektywnej kontroli przez władzę państwową. Oczywiście władzę królewską darzono wielkim prestiżem, ale  unikalność jej pozycji mogła być interpretowana w wąski sposób.

France zaznacza, że związki feudalne w Europie Zachodniej nie były wcale silne. W większości krajów panowała zasada wasal mojego wasala nie jest moim wasalem. Odmienna koncepcja panowała w normandzkiej Anglii. Dodatkowo więzi miedzy suzerenem a seniorami oraz między seniorami a wasalami był dość luźny. Senior mógł mieć kilku suzerenów (np. hrabiowie Fandrii czy Hainaut). Nierzadkie były sytuacje, kiedy stojący na szczycie drabiny feudalnej we własnym kraju, był wasalem w sąsiednim (królowie Anglii wobec królów Francji). W tej sytuacji wasal miał swobodę wyboru wobec kogo wypełni obowiązek lenny. Najczęściej wybierał stronę wg niego silniejszą (albo mającą większą szansę na zwycięstwo). Częste były przypadki zmiany obozu podczas kampanii.

Autor podkreśla epizodyczny charakter wojny i niską liczebność średniowiecznych armii. Z uwagi na niewydolny system komunikacyjny niezwykłą trudnością odznaczał się proces koncentracji sił. Dodatkowo duża liczebność armii skutkowałaby problemami aprowizacyjnymi. Dlatego kampanie były krótkie i toczyły się albo późną wiosną albo późnym latem. Bardzo rzadko decydowano się na kampanię zimową.

Epizodyczny charakter wojny wpływał na jakość wojska. Indywidualnie rycerz czy sierżant byli bardzo dobrze wyszkolonymi wojownikami. Jednak armia jako całość przedstawiała kiepski obraz wyszkolenia i współdziałania. Krótkie kampanie, łatwość zmiany obozu uniemożliwiały osiągnięcie wysokiego stopnia współdziałania różnych kontyngentów. Zatrudnianie licznych najemnych kompanii wcale nie poprawiało tej sytuacji. Utrzymanie ich było bowiem drogie, a dodatkowo prezentowali oni wysoki poziom współdziałania w ramach swojej grupy. Wszystkie przywary charakteru wojny w średniowieczu w ramach armii również ich dotykały. Dlatego bitwa była stosunkowo rzadka, a częściej polegano na oblężeniach. Wojna w Europie Zachodniej w zakreślonych ramach czasowych to przede wszystkim wojna oblężnicza. Oczywiście istniały wyjątki (np. armia Królestwa Jerozolimskiego).

Autor neguje także decydującą rolę kawalerii na polu bitwy. Uważa, ze teza sir Charlesa Omana i R.C. Smaila o całkowitym prymacie kawalerii jest oparta na fałszywych przesłankach. France nie neguje, że XIII stulecie było epoką kawalerii, ale podkreśla, że jej pozycja na polu bitwy zależna była od wielu czynników, przede wszystkim terenu. Zaznacza, że w tym wieku paradoksalnie, piechota była najlepiej uzbrojona w epoce. Przykłady pól bitewnych Włoch, Walii, Szkocji, Flandrii czy Lewantu wskazują, iż dobrze wyszkolona i zdyscyplinowana piechota jest groźnym przeciwnikiem zdolnym pokonać kawalerię.

W mojej ocenie jest to pozycja bardzo ciekawa i warta lektury. Tym bardziej moje zaskoczenie wywołuje fakt, że w zasadzie przeszła ona bez echa wśród naszych specjalistów. Znalazłem tylko jedną recenzję tej pozycji (inna rzecz, że przeszukiwałem sieć pobieżnie). A szkoda. Nie mam dostatecznej wiedzy by potwierdzać lub polemizować z tezami autora. Jednak oceniam, że przydałaby się jakaś praca, w której jakiś specjalista z epoki odniósłby się do nich.

Do polskiego tłumaczenia mam jedną uwagę. Generalnie książkę, biorąc pod uwagę tematykę, czytało się bardzo dobrze. Jednak w kilku miejscach raziły mnie użyte w tłumaczeniu kolokwializmy. Co by nie powiedzieć, praca ma charakter bardziej naukowy niż popularny. Należałoby w przyszłości unikać takich zwrotów w tłumaczeniach wysoce specjalistycznych książek.

Moja ocena 5/6.

Książka dostępna do kupienia u wydawcy:

http://napoleonv.pl/q/?keywords=Sztuka%20wojenna%20Europy%20Zachodniej