Sword of Rome: Conquest of Italy

pic1994346_lg

Z grą tą miałem przyjemność zapoznać się ponad 11 lat temu w Łodzi, podczas sesji u nieocenionego Strategosa. Zaproponował wówczas rozgrywkę w tę pozycję mi, Darth Stalinowi i Nico. Gra tak bardzo się nam spodobała, że Darth zakupił egzemplarz do Płocka. W ciągu tych 11 lat wziąłem udział w ogromnej liczbie sesji z tą świetna grą, zarówno w wariancie 4 – jak i 5-osobowym.

Sword of Rome wraz z dodatkiem 5th Player Expansion przedstawia najważniejszy okres walk o panowanie nad Italią w IV i pierwszej połowie III wieku przed Chrystusem. W podstawowej wersji gra jest przewidziana dla 4 osób (oczywiście są warianty trzyosobowej i dwuosobowej rozgrywki), które mają do dyspozycji siły Celtów Nadpadańskich, Rzymu, Greków oraz koalicji etrusko – samnickiej. Są również niezależne siły Wolsków, Celtów Zaalpejskich oraz Kartaginy. Wspomniany dodatek umożliwia udział 5 gracza, zarządzającego siłami Kartaginy. W przypadku gry 5 – osobowej mamy więc tylko dwie niezależne potęgi: Wolsków i Celtów Zaalpejskich.

Opis gry zacznę tradycyjnie od komponentów i szaty graficznej. W solidnym pudełku znajdują sie dwie książeczki: jedna z regułami gry i tzw. playbook z scenariuszami i wskazówkami dla graczy oraz przykładową rozgrywką, mapa, ok. 250 żetonów do gry, 4 zestawy tabel pomocniczych dla graczy oraz 4 zestawy po 39 kart. Oczywiście dodano 6 kostek sześciennych. W dodatku (zapakowanym w strunową dużą folię) znajdują się ok. 60 żetonów, 55 kart, uzupełnienie reguł i dodatkowa plansza z tabelami, a także plansza pomocnicza.

Całość wykonana jest solidnie, ale nie „powalająco”. W mojej ocenie jakość grafiki w tej grze ustępuje innym znanym mi produktom tej firmy, choć to odstępstwo nie jest szczególnie rażące. Najładniejszym komponentem gry jest plansza, wykonana w konwencji „point – to – point”. Jest to po prostu mapa geograficzna Italii, wielkich wysp i okolic Tunisu w Afryce Północnej, na którą naniesiono pola i połączenia między tymi polami. Pola kontrolowane startowo przez poszczególne nacje oznaczono odpowiednimi kolorami (tzw. „home spaces”). Karty do gry są wykonane solidnie, ale od strony graficznej ubogo, poza kartą kampanii bez żadnych grafik z epoki czy nawiązujących do epoki. Żetony są w konwencji tych z The Ancient World, jednakże niepolakierowane, szybko się zużywają (ścierają). Zasady są napisane w sposób przejrzysty i przystępny. Są proste i na ich przyswojenie wystarczy jednokrotna lektura instrukcji. Dużą pomoc stanowi playbook.

Sword of Rome to typowa Card Driven Game (CDG). Każdy z graczy dysponuje własną talią 39 kart, z których jedna zawiera rozstawienie jednostek gracza, 2 są specjalnego użytku a pozostałe 36 aktywnie wykorzystuje się w grze. Jedynie zagranie karty umożliwia podjęcie jakichkolwiek działań. Każda karta może być w turze gracza zagrana na jeden z poniższych sposobów:

– w celu aktywacji wodza (karta „Kampanii” pozwala na aktywację dwóch wodzów),

– w celu podniesienia lojalności kontrolowanych miast lub przejęcia zajmowanych pól,

– w celu rekrutacji wojska (tylk karta o wartości operacyjnej 3),

– jako wydarzenie.

Każda karta ma określoną wartość operacyjną (jak w Ścieżkach Chwały czy Thirty Years War) wyrażoną liczbą od 1 do 3. Jeśli chcemy aktywować do ruchu wodza, to porównujemy jego współczynnik aktywacyjny z wartością karty (jak w Thirty Years War) i jeśli wartośc karty jest równa bądź wyższa to możemy ją zagrać w celu aktywacji. Wartość karty określa także ilośc punktów lojalności, o którą możemy „wzmocnić” nasze miasta lub zamienić na własne markery pod własnymi jednostkami. Niezależnych Wolsków, Celtów i, w wypadku gry bez rozszerzenia, Kartagine aktywuje się za pomocą specjalnych kart (Activation Neutral Power). W talii występują karty bitewne oraz karty zaskoczenia (lub odpowiedzi – „response card”), które pozwalają na ingerencję w aktywację innego gracza. Dodać należy, że każda talia jest zróżnicowana i uwzględnia specyfikę każdej z nacji uczestniczących w grze.

Sword of Rome to gra wojenna, a więc występuja w niej wodzowie i oddziały. Nie ma żadnych formacji, sa jedynie jednostki bojowe (combat units – CU), bez żadnego zróżnicowania. Różnice występują na poziomie wodzów. Są ich dwa rodzaje, nazwani reprezentujący postacie historyczne oraz tzw. mniejsi (minor leaders). Każdy z wodzów określony jest przez 2 współczynniki: inicjatywę (initiative rating) oraz współczynnik bitewny (taktics rating). Pierwsza wartość im niższa tym lepsza, druga odwrotnie – lepsza wyższa. Starcia rozstrzyga się w bardzo prosty sposób. Porównuje się ilość jednostek i uwzględnia ewentualny modyfikator (wystarczy spojrzeć do stosownej tabelki), modyfikatory za wodzów, ze walkę na własnym terytorium, z kart. Obaj gracze wykonują rzut trzema kośćmi a zwycięzcą zostaje ten którego wynik rzutu jest wyższy po zastosowaniu wszystkich modyfikatorów. Poza destrukcją siły zbrojnej przeciwnika, zwycięzca otrzymuje również punkty lojalności w ilości równej połowie zniszczonych jednostek przeciwnika. Może te punkty przeznaczyć na przejęcie pól przegranego, które przylegają do jego terytorium, zrewoltować mu pewne obszary bądź miasta, podnieść lojalność swoich miast. Efekt polityczny jest więc oddany w grze bardzo dobrze (aczkolwiek spotkałem się z zarzutami, iż jest on przesadzony). Umiejętne rozdysponowanie sił pozwoli przegrywającemu bitwę na odbudowę sił na koniec etapu dzięki posiłkom, które otrzymuje każdy z gracz. Ich wielkość zależy od kontroli określonych punktów na własnym terytorium – wyjątkiem jest oczywiście Rzym. W grze mamy również oblężenia, wyczerpanie, transport morski (tu prym wiedzie Kartagina), bunty najemników, przekupywanie konsulów, walki górskie, słowe wiele atrakcji.

Poza kartami efekt interakcji między graczami zwiększa możliwość zawierania przez nich sojuszy oraz zrywania ich (co jest jednak kosztowne, gdyż płaci się lojalnością).

Jak juz wspomniano, talie graczy są zróżnicowane. Nie są to jednak jedyne różnice między poszczególnymi głównymi nacjami. Każda z głównych sił w grze ma pewne specyficzne zasady, tylko i wyłącznie do niej przypisane (np. Celtowie nie mogą zachować żadnej karty na następny etap). Zasady te mają silne podstawy historyczne (w wypadku Celtów brak umiejętności planowania w szerszej perspektywie czasu).

Autor gry przede wszystkim chciał uzyskać jak najwyższą grywalność swojego projektu. Stąd dojść może do sytuacji, iż Pyrrus pojawi się w grze na jakieś 40 lat przed swymi urodzinami a Dionizos przetrwa całą grę (w chwili zakończenia rozgrywki miałby blisko 200 lat.).

Rozgrywka w Sword of Rome wraz z dodatkiem jest emocjonująca, choć w zasadzie jeden schemat jest pewny. Rzym, wcześniej lub później, zawsze staje się celem ataku wszystkich innych graczy (no chyba, że jakaś mniejsza koalicja wcześniej pobije gracza rzymskiego). Mechanika gry (zwłaszcza sojusze) pozwalają po klęskach w polu na odbudowę sił (jeśli jest na to czas) i włączenie się do walki o zwycięstwo. Gra trwa 9 etapów. W każdym etapie jest 5 akcji w czasie których gracze zagrywają karty. Gracze zagrywają karty w kolejności determinowanej ilością punktów zwycięstwa, od najniższej do najwyższej. Możliwe jest odniesienie zwycięstwa przed czasem. W zależności od etapu gry wymagana jest wówczas inna liczba punktów – mniejsza na początku i rośnie ona wraz z upływem etapów.

Jeśli idzie o historyczność, to „puryści” będą wylewali wiadra pomyj na ten tytuł. Pyrrus żyjący ponad 120 lat – dla nich to niepojęte. Prawda jest taka, że jest to pozycja bardzo luźno nawiązująca w aspektach „osobowych” do historii. Z drugiej strony lepiej grać jakąś znaną personą niż kimś anonimowym.

Reasumując gra Sword of Rome wraz z dodatkiem 5th Player Expansion jest bardzo udanym produktem zapewniającym dużo dobrej rozrywki. Niestety nie można tak wiele dobrego powiedzieć o grze bez dodatku. Wówczas rozgrywka staje się schematyczną (jak wielka różnicę czyni dodatkowe 55 kart i jeden gracz).

Reklamy

SZTUKA WOJENNA EUROPY ZACHODNIEJ W EPOCE KRUCJAT 1000-1300 – John France

T215811

W 2012 roku oświęcimskie wydawnictwo NapoleonV oddało w ręce czytelników pracę prof. Johna France’a pod wyżej wymienionym tytułem. Książkę po raz pierwszy w 1999 roku wydało brytyjskie wydawnictwo Routledge.

Publikacja, będąca syntezą, poświęcona została szerokiemu ujęciu sztuki wojennej zachodniej części naszego kontynentu. Autor omówił bowiem nie tylko zagadnienia stricte poświęcone działaniom bojowym, ale też korelacje między wojną i wojskowością a społeczeństwem średniowiecznym i finansami. Wiele tez postawionych przez autora wydaje mi się kontrowersyjnymi, ale nie mogę zarzucić France’owi, że w sposób wątpliwy je uargumentował.

Książka liczy 325 stron. Została podzielona na szesnaście rozdziałów oraz dodatek opisujący przebieg bitwy pod Bouvines. Na końcu znajduje się obszerna bibliografia oraz indeks.  Jako że, jak wspominałem, jest to praca syntetyczna, podział na rozdziały nie ma charakteru chronologicznego czy geograficznego a tematyczny. Jest to bardzo duże ułatwienie dla czytelnika, albowiem otrzymujemy w ramach konkretnego zagadnienia możliwość spojrzenia na jego zmiany z perspektywy długoletniej. Czytelnik nie musi więc wertować książki w poszukiwaniu interesującego go zagadnienia wojskowego, aby prześledzić zmiany w sztuce wojennej. Wybiera odpowiedni rozdział i albo zapoznaje się z jego treścią, albo wertuje w poszukiwaniu odpowiedniego fragmentu. Bardzo taki układ mi odpowiadał.

Nie będę opisywał treści poszczególnych rozdziałów. Raz, że jest ich dużo, po drugie doprowadziłoby to do mocnego rozrośnięcia się niniejszego tekstu. Poprzestanę na zwróceniu uwagi Czytelnika na wg mnie najważniejsze aspekty książki.

Przede wszystkim w pracy nie znajdziemy opisów i szyków formacji piechoty czy kawalerii, ani żmudnych zmian w uzbrojeniu. Rozdział o broni, zarówno ofensywnej jak i defensywnej jest krótki i zawiera najistotniejsze informacje. W ocenie autora progres w uzbrojeniu w owym czasie był niewielki i determinowany przede wszystkim rozwojem środków ochrony. Poza tym istniało niewiele ośrodków myśli wojskowej, które w zasadzie ograniczały się do dworów. Prowadziło to do rozproszenia wysiłku intelektualnego o ograniczenia w komunikacji utrudniały wymianę poglądów. Stąd wiele z tych nielicznych ośrodków rozważało te same zagadnienia.

W mojej ocenie najważniejszą tezę prof. France’a prezentuje w pierwszym rozdziale swojej książki. Jest to swoisty manifest autora. Podstawowa teza zasadza się na twierdzeniu, że wojna w latach 1000-1300 prowadzona była albo w celu powiększenia własności ziemskiej lub w celu obrony stanu posiadania. Wprost pada twierdzenie, że wojna była domeną właścicieli ziemskich. Nie chodzi oczywiście o każdego posiadacza, ale o elity rządzące (nie wyłączając duchowieństwa). Takie prywatne wojny ułatwiała słabość władzy królewskiej (lub książęcej). Słabość ta wynikać miała z dwóch przyczyn: król (książę), szczególnie w latach 1000-1200, był jednym z wielu posiadaczy ziemskich, często nie największym we własnym kraju (dla przykładu Plantageneci we Francji), ogromne trudności w komunikacji uniemożliwiały sprawowanie efektywnej kontroli przez władzę państwową. Oczywiście władzę królewską darzono wielkim prestiżem, ale  unikalność jej pozycji mogła być interpretowana w wąski sposób.

France zaznacza, że związki feudalne w Europie Zachodniej nie były wcale silne. W większości krajów panowała zasada wasal mojego wasala nie jest moim wasalem. Odmienna koncepcja panowała w normandzkiej Anglii. Dodatkowo więzi miedzy suzerenem a seniorami oraz między seniorami a wasalami był dość luźny. Senior mógł mieć kilku suzerenów (np. hrabiowie Fandrii czy Hainaut). Nierzadkie były sytuacje, kiedy stojący na szczycie drabiny feudalnej we własnym kraju, był wasalem w sąsiednim (królowie Anglii wobec królów Francji). W tej sytuacji wasal miał swobodę wyboru wobec kogo wypełni obowiązek lenny. Najczęściej wybierał stronę wg niego silniejszą (albo mającą większą szansę na zwycięstwo). Częste były przypadki zmiany obozu podczas kampanii.

Autor podkreśla epizodyczny charakter wojny i niską liczebność średniowiecznych armii. Z uwagi na niewydolny system komunikacyjny niezwykłą trudnością odznaczał się proces koncentracji sił. Dodatkowo duża liczebność armii skutkowałaby problemami aprowizacyjnymi. Dlatego kampanie były krótkie i toczyły się albo późną wiosną albo późnym latem. Bardzo rzadko decydowano się na kampanię zimową.

Epizodyczny charakter wojny wpływał na jakość wojska. Indywidualnie rycerz czy sierżant byli bardzo dobrze wyszkolonymi wojownikami. Jednak armia jako całość przedstawiała kiepski obraz wyszkolenia i współdziałania. Krótkie kampanie, łatwość zmiany obozu uniemożliwiały osiągnięcie wysokiego stopnia współdziałania różnych kontyngentów. Zatrudnianie licznych najemnych kompanii wcale nie poprawiało tej sytuacji. Utrzymanie ich było bowiem drogie, a dodatkowo prezentowali oni wysoki poziom współdziałania w ramach swojej grupy. Wszystkie przywary charakteru wojny w średniowieczu w ramach armii również ich dotykały. Dlatego bitwa była stosunkowo rzadka, a częściej polegano na oblężeniach. Wojna w Europie Zachodniej w zakreślonych ramach czasowych to przede wszystkim wojna oblężnicza. Oczywiście istniały wyjątki (np. armia Królestwa Jerozolimskiego).

Autor neguje także decydującą rolę kawalerii na polu bitwy. Uważa, ze teza sir Charlesa Omana i R.C. Smaila o całkowitym prymacie kawalerii jest oparta na fałszywych przesłankach. France nie neguje, że XIII stulecie było epoką kawalerii, ale podkreśla, że jej pozycja na polu bitwy zależna była od wielu czynników, przede wszystkim terenu. Zaznacza, że w tym wieku paradoksalnie, piechota była najlepiej uzbrojona w epoce. Przykłady pól bitewnych Włoch, Walii, Szkocji, Flandrii czy Lewantu wskazują, iż dobrze wyszkolona i zdyscyplinowana piechota jest groźnym przeciwnikiem zdolnym pokonać kawalerię.

W mojej ocenie jest to pozycja bardzo ciekawa i warta lektury. Tym bardziej moje zaskoczenie wywołuje fakt, że w zasadzie przeszła ona bez echa wśród naszych specjalistów. Znalazłem tylko jedną recenzję tej pozycji (inna rzecz, że przeszukiwałem sieć pobieżnie). A szkoda. Nie mam dostatecznej wiedzy by potwierdzać lub polemizować z tezami autora. Jednak oceniam, że przydałaby się jakaś praca, w której jakiś specjalista z epoki odniósłby się do nich.

Do polskiego tłumaczenia mam jedną uwagę. Generalnie książkę, biorąc pod uwagę tematykę, czytało się bardzo dobrze. Jednak w kilku miejscach raziły mnie użyte w tłumaczeniu kolokwializmy. Co by nie powiedzieć, praca ma charakter bardziej naukowy niż popularny. Należałoby w przyszłości unikać takich zwrotów w tłumaczeniach wysoce specjalistycznych książek.

Moja ocena 5/6.

Książka dostępna do kupienia u wydawcy:

http://napoleonv.pl/q/?keywords=Sztuka%20wojenna%20Europy%20Zachodniej