Kilka uwag o grze „Gettysburg 1863” Wydawnictwo „Taktyka i Strategia”

pic1723197

Gra ukazała się jako „wkładka” w 28 numerze czasopisma „Taktyka i Strategia”. Jej mechanika oparta jest na rozwiązaniach systemu „Napoleon”. Z uwagi na to, że recenzji „Ostrołęki 1831” kilka już było (m.in. mojego autorstwa w „Planszowym Weteranie”) pozwolę sobie w niniejszym tekście ograniczyć się do zarysowania różnic.

Gra przedstawia jedną z największych batalii Wojny Secesyjnej, jaką stoczyły w dniach 1-3 lipca 1863r. na polach stanu Pensylwania Armia Północnej Wirginii gen. Lee (Army of Northern Virginia) i Armia Potomaku gen. Meade’a (Army of the Potomac).

Wykonanie.

Klasycznie już, od dość długiego czasu, cenię sobie stronę graficzną publikacji Wydawnictwa „Taktyka i Strategia”. Żetony są naprawdę bardzo ładnie wykonane, z dużą ilością zróżnicowanych „ikonek” symbolizujących różne oddziały. Żetony są czytelne, nie ma problemów z identyfikacją współczynników. Mapa również ładnie się prezentuje, aczkolwiek muszę dodać tu łyżeczkę dziegciu – zalesione wzniesienia i wzgórza są po prostu bardzo mało widoczne i bez oznakowania ich trójkątami symbolizującymi szczyty albo kropkami, łatwo można by je przeoczyć. Niestety na mojej mapie brakuje jednego takiego punktu i zdrowo musiałem się nagimnastykować aby zidentyfikować teren. Także wszelkiej maści cieki wodne wyglądają nieco sztucznie, w ogóle nie meandrując. Przedstawiono je w zasadzie jako proste linie, gdzie nie gdzie czyniące zakola. W czasopiśmie znajdziemy konieczne tabele do ostrzału karabinowego i artyleryjskiego, tabelę terenu oraz walki wręcz, a także tabele siły jednostek.

W zasadzie to tyle co miałbym do powiedzenia odnośnie szaty graficznej. Generalnie, zwłaszcza za żetony, duży plus.

pic1723195_md

Jak grać.

Przede wszystkim – nie pograsz Drogi Czytelniku jeśli nie masz „Ostrołęki 1831” oraz TiS z Albuerą. W numerze z grą są jedynie uzupełnienia i zmiany przepisów, więc albo dokupisz grę pudełkową, albo musisz znaleźć kolegę, który posiada „Ostrołękę”. Wydawca nie chce pójść potencjalnym użytkownikom na rękę i z uporem godnym lepszej sprawy odmawia publikowania ostatnich wersji zasad na swojej stronie w formie plików pdf. Oficjalnie dlatego, aby gracze nie wykonywali „samoróbek”. Mechanika gry jest bardzo prosta. Gra podzielona jest na jednogodzinne, dzienne etapy, w ramach których gracze na przemian (system I go, You go”) wykonują ruchy, ataki wręcz i ostrzały, reorganizują oddziały. Taki system aktywowania wojsk graczy jest tradycyjny dla tego wydawnictwa. Zmienione tabelki ostrzały karabinowego i armatniego eksponują dużą siłę rażenia tych środków ogniowych. Także zmieniono tabelę walki wręcz i autor gry zdecydował się na zastosowanie pojedynczej kości sześciennej dla jej rozstrzygania. Nie jest to najszczęśliwsze rozwiązanie. Oznacza praktycznie konieczność np. zaangażowania całej dywizji Hetha dla odrzucenia jednej brygady jazdy z wzgórz McPhersona. Wprowadzono tabele ognia dla dwóch typów dział – dalekonośnych oraz wspólną dla polowych i konnych. Tabele ostrzału osobne są dla piechoty i dla kawalerii. Istotne zmiany zaszły w związku ze zmianą sposobu walki kawalerii w tamtych czasach. Nie ma mnogiej ilości bonusów za szarżę, a co istotne, wraz z wzrostem intensywności ognia wprowadzono zasadę „szarży po śmierć”, która powoduje jeszcze przed rozstrzyganiem starcia dezorganizację szarżującej kawalerii. Autor wprowadził również opcję spieszania kawalerii przez obie strony. Niespieszona jazda może dowolną ilość razy w ciągu etapu unikać starcia z piechotą deklarując wycofanie przed walką. Wojska nie mogą stosować forsownych marszy. Nie zmieniło się w zasadzie dowodzenie (czyli praktycznie nie istnieje). Dalej jako pierwszy rusza się w etapie gracz posiadający inicjatywę, której mechanizm zdobywania jest w recenzowanej grze banalny, ale zupełnie oderwany od rzeczywistości. O inicjatywie decyduje lepszy rezultat na k6 modyfikowany o obecność głównodowodzącego (czyli od 2 dnia bitwy obaj gracze korzystają z tego moda) i za posiadanie inicjatywy w poprzednim etapie.

Wprowadzone zmiany, mimo licznych moich zastrzeżeń historycznych co do gry, a także paradoksalnie fakt, że zasady podstawowe (z „Ostrołęki 1831”) bardziej odpowiadają przedstawionej w recenzowanej grze bitwie, powodują, że rozgrywka jest dość wartka i szybka. Było to dla mnie miłe zaskoczenie, albowiem naprawdę uwag merytorycznych do gry miałem bardzo dużo.

pic1723196

Kwestie merytoryczne.

Niestety, jest to kolejna gra Wydawnictwa „Taktyka i Strategia”, w której zarówno autor jak i sam wydawca pozwolili sobie na koszmarne błędy.

Zacznę od tego co widać już gołym okiem – na mapie brakuje Grzbietu Seminaryjnego oraz Grzbietu Cmentarnego! Grzbiet Seminaryjny ma po wschodniej stronie (od strony Gettysburga i Grzbietu Cmentarnego) ok. 16m. wysokości ponad teren między grzbietami, który jest ok. 5 metrów powyżej miasta Gettysburg. Grzbiet ten im bardziej na południe, tym jest niższy. Grzbiet Cmentarny ciągnie się przez ok. 3,2 km z północy na południe. Jego północny kraniec stanowi Wzgórze Cmentarne Wschodnie będące częścią Wzgórza Cmentarnego. Na południu, Grzbiet obniża się i kończy w odległości ok. 400 metrów od Małego Okrągłego Szczytu. Średnia wysokość Grzbietu Cmentarnego, poza Wzgórzem Cmentarnym, wynosi ok. 12 metrów ponad terenem. Wzgórze Cmentarne ma 153 metry wysokości bezwzględnej i jest 24 metry ponad poziomem miasta oraz 19 metrów ponad poziomem terenu. Mierzy do ok. 140 metrów szerokości i wraz ze Wschodnim Wzgórzem Cmentarnym liczy ok. 640 metrów długości. Od Gettysburga oddalone jest ono o ok. 250 metrów. Tymczasem na planszy do gry odległość między miastem a wzgórzem wynosi ponad 1.400 merów! Źle umiejscowiono Wzgórze Culpa, dodając mu także jakiś 3 wierzchołek. Wzgórze to miało 2 szczyty – właściwy i niższy oddalone od siebie na osi północ – południe o ok. 300 metrów. Właściwy szczyt odległy był od Wzgórza Cmentarnego o ok. 400 metrów. W grze odległość wynosi ponad 700. Jeśli autor chciał być tak dokładny z trzecim szczytem to nazywało się ono McKnight Hill i znajdowało się w zasadzie przy drodze baltimorskiej (Baltimor Pike)., w odległości ok. 200 metrów od Wzgórza Cmentarnego. Wzgórze Bennera również jest za daleko. Na planszy jest to odległość ok. 2,5 km do Wzgórza Cmentarnego gdy tymczasem odległość ta wynosiła nieco ponad 1 milę (1,600 metrów). Źle oznaczono odległości między Okrągłymi Szczytami oraz między Małym Okrągłym Szczytem a końcem Grzbietu Cmentarnego. Okrągłe Szczyty są za bardzo na południe. Generalnie do gry przydałaby się zupełnie nowa, poprawiona mapa. Niestety nie mamy na co liczyć, gdyż wydawca idzie w zaparte i twierdzi, że plansza w grze jest prawidłowa (notabene, nie tylko ja zgłaszałem zarzuty do tej mapy ale także jeszcze kilka osób, które zakupiły magazyn z grą).

Nie wiem po co spieszono konfederacką kawalerię. Zapewne z uwagi na nieliczne przypadki spieszania jej do obrony miejscowości. No cóż widać, że autor nie za wiele wie na temat roli i funkcji jazdy J.E.B. Stuarta w czasie tej wojny. Z wyjątku, na potrzeby gry uczyniono regułę, nie biorąc pod uwagę w ogóle faktu, że pole bitwy nie obejmuje farmy Rummela i Wschodniego Pola Kawalerii, a także w jaki sposób doszło do starcia (druga największa bitwa kawalerii tej wojny) i w co uzbrojona była kawaleria Stuarta. Autor nie uwzględnił także, iż spieszona jazda potrzebuje tzw. koniowodnych tj. żołnierzy sprawujących pieczę nad wierzchowcami walczących pieszo jeźdźców.

Na koniec największy obok mapy „kwiatek” – artyleria obu stron. W recenzowanej grze cudownym zrządzeniem losu siła artylerii obu armii jest prawie taka sama – 36 pkt Konfederaci i 42 pkt Federalni. W przeliczeniu na działa daje to odpowiednio 180 luf Południowców (wobec 262 w rzeczywistości) i 210 Jankesów (wobec 358). Nie będę się tu rozpisywał Czytelniku gdzie i jaki błąd. Artyleria, szczególnie federalna, została po prostu poredukowana na potęgę. Oficjalnie dlatego, że w testach wyszło, iż artyleria w normalnej liczbie zatrzymywała każdy atak. Przepraszam bardzo, ale to akurat źle świadczy o autorze gry, który nie zmienił odpowiednio tabel walki. Należy pamiętać, że w odległości powyżej 800 metrów efektywność ostrzału gwałtownie malała, powodując co najwyżej spowolnienie ruchu jednostek a nie krwawe straty skutkujące zmniejszaniem siły. Takie manipulowanie liczebnością i siłą jednostek jest niedopuszczalne w grach historycznych i w zasadzie dyskwalifikuje autora oraz wydawcę, który na tego typu zabiegi się godzi. Tym bardziej, że w notce na stronie 13 gazety wyraźnie pisze i o sile, i o liczebności artylerii, jak też o zależności siły ognia od liczby dział jak i zasięgu. Szkoda, że uwag tych nie uwzględniono tworząc grę. Na marginesie także należy zaznaczyć, że podział na artylerię dalekonośną i polową w recenzowanej grze jest bezsensowny albowiem jedną tylko jednostkę artylerii po stronie Armii Potomaku można by uznać za artylerię dalekonośną.

Fatalne błędy są również w setupie do scenariusza z drugiego dnia bitwy. Nie można rozegrać scenariusza całościowego, z uwagi na jego brak.

pic1723193_md

Konkluzja.

Ocena recenzowanej pozycji jest dla mnie bardzo trudna. Z jednej strony są tam tak rażące błędy, iż należałoby ją w zasadzie, jako grę historyczną, zdyskwalifikować. Z drugiej jednak, gra ma spory potencjał, a te kilka bitew które mam za sobą wspominam naprawdę mile. Tym bardziej, że znam Three Days of Gettysburg czy system Glory. Powstrzymam się więc od zachęcania do kupna czy też przestrzegania przed wydaniem pieniędzy. Jeśli będziesz zainteresowany Czytelniku kupnem, polecam swój tekst uważnej lekturze, abyś decyzję podjął świadomie i zdecydował, czy odpowiada Ci mała aberracja na temat bitwy pod Gettysburgiem.

Grafika: 6,5/10

Grywalność 6,5/10

Historyczność 2/10.

Ocena końcowa w skali BGG – 5.

Pod pogańskim sztandarem – Artur Szrejter

pod-poganskim-sztandarem-dzieje-tysiaca-wojen-slowian-polabskich-od-vii-do-xii-wieku-b-iext36114049

W 2014 roku nakładem Instytutu Wydawniczego ERICA ukazała się praca Artura Szrejtera pt. Pod pogańskim sztandarem. Książka ta traktuje o historii Słowian Połabskich – plemion słowiańskich, o których niewielu moich rodaków słyszało. Jest to popularno – naukowa próba systematyzacji dziejów zachodniej słowiańszczyzny.

Autor, archeolog, przyjął ciekawą koncepcję prezentacji historii plemion połabskich. Mianowicie prowadzi nas przez ich dzieje przedstawiając chronologicznie ich władców i zdarzenia, które zaszły lub prawdopodobnie miały miejsce w trakcie ich panowania. Takie podejście skutkuje konstrukcją książki, która została podzielona na wiele krótkich rozdziałów. Dodatkowo, w „ramki” wstawiono informacje archeologiczne, krótką ocenę najważniejszych kronik itp., luźno związane z tematem inne zagadnienia (np. opisy znaków pogańskich).

Od razu napiszę, że książka bardzo mi się podobała. Przede wszystkim autor pisze jaki jest stan wiedzy – a ten jest bardzo niewielki. Wynika to z prozaicznej przyczyny braku źródeł. Archeologia ich nie zastąpi, choć niewątpliwie pogłębia naszą wiedzę o naszych zachodnich pobratymcach. Stąd całe fragmenty książki to czysta spekulacja. Wprawdzie opiera się ona o najbardziej prawdopodobne hipotezy, ale w każdej chwili może ulec zmianie na skutek nowych wyników badań. Stąd najczęściej chyba używanymi przez autora słowami są „prawdopodobnie”, „możliwe”, „być może”.

Wielką zaletą pracy jest język autora. Popularno – naukowy charakter pracy wymusza odpowiedni, zrozumiały dla czytelnika język. Artur Szrejter posługuje się prostym językiem, brak w nim wyszukanych, naukowych sformułowań. Jeśli już zachodzi konieczność użycia „technicznego” zwrotu, zostaje on dokładnie objaśniony.

Moim zdaniem mapy są wystarczające. Przy wielce hipotetycznym i niepewnym materiale źródłowym nic więcej poza ogólnymi mapami Połabia zamieścić nie można było. Dodatkową zaletą są plany archeologiczne słowiańskich osad. Natomiast zarzut mam do warstwy ilustracyjnej. Prosiłoby się choć kilkanaście zdjęć kultury materialnej Słowian Zachodnich w postaci wkładki. Zapewne nie podrożyłoby to książki.

W książce brak jest przypisów, co wynika z przyjętej koncepcji  bardziej popularnego charakteru pracy. Bibliografia na końcu jest bardzo okazała. Dodatkowym atutem są orientacyjne tablice genealogiczne połabskich dynastii.

Nie potrafię ocenić wartości merytorycznej książki. Nie zmienia to mojej wysokiej oceny pracy, na co niebagatelny wpływ miał właśnie język autora i faktyczna baza źródłowa do dziejów zachodniej słowiańszczyzny. Książkę świetnie się czyta. Historia, którą autor opowiada jest fascynująca. Dlatego gorąco polecam.

Moja ocena 5/6

Książkę można zakupić u Wydawcy oraz w księgarni internetowej fortgier.pl

http://fortgier.pl/p/29/23886/pod-poganskim-sztandarem-sredniowiecze-ksiazki-ksiazki-historyczne.html

TRAFALGAR 1805 – Józef W. Dyskant

56ba89260c1e0

W 2002 roku nakładem Domu Wydawniczego Bellona ukazała się książka autorstwa kmdr Józefa Dyskanta pt. „Trafalgar 1805” Traktuje ona o stoczonej 21 października 1805 roku bitwie morskiej u brzegów ww. przylądka między brytyjską eskadrą pod dowództwem wiceadm. Nelsona a połączoną flotą francusko-hiszpańską wiceadm. Villeneuve’a. Starcie to zakończyło się całkowitą klęską sojuszniczej eskadry.

Jest to w zasadzie jedyna popularno-naukowa monografia tej bitwy dostępna w naszym języku. Pocieszające jest, iż w zapowiedziach oświęcimskiego wydawnictwa NapoleonV pojawiła się klasyczna już praca Juliana Corbeta o kampanii trafalgarskiej. Niestety żadne wydawnictwo nie zapowiada wydania nowszych książek na temat bitwy, w szczególności Roya Adkinsa i Marka Adkina. Może choć uda się Trafalgar Companion pod redakcją Alexandra Stiwella, którą wydał w 2005 roku Osprey Publishing (a z tym obecnie współpracuje NapoleonV).

Książka liczy 399 stron. Podzielona została na siedem rozdziałów i wstęp. Na jej końcu dodano dwa załączniki: listę okrętów biorących udział w bitwie i raport wiceadm. Collingwooda o przebiegu starcia. W rozdziale pierwszym autor omówił historię Royal Navy od wyprawy Wielkiej Armady w 1588 roku do końca wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Kolejny został poświęcony karierze Napoleona do 1805 roku. Trzeci poświęcony został zwycięzcy bitwy – Horatio Nelsonowi od urodzenia do mniej więcej 1804 roku. Następny rozdział prezentuje francuskie plany inwazji na Wyspy Brytyjskie i angielskie kroki zmierzające do przeciwdziałania nim. Piąty rozdział poświęcony został przygotowaniom i przebiegowi samej bitwy. Ostatnie dwa poświęcone zostały blokadzie kontynentalnej i bitwie pod Waterloo oraz zesłaniu Napoleona na wyspę Św. Heleny.  Książka zawiera 3 mapy bitwy, kolorowe i czytelne. Bibliografia jest bardzo uboga. Zawiera ok. 30 artykułów rodzimych autorów i podobną liczbę pozycji książkowych, w tym zaledwie 6 w języku angielskim, z czego najstarsza z 1976 roku (wprawdzie bibliografia zawiera pracę Petera Padfielda Nelson’s war z 2000 roku,  ale jej pierwsze wydanie ukazało się w 1976).

Styl autora jest bardzo dobry a strona edytorska dopracowana. Literówek i błędów stylistycznych w trakcie lektury nie stwierdziłem. Niestety praca jest „rozwlekła”. Rozdział o bitwie liczy teoretycznie 100 stron, w tyn samego przebiegu starcia  45 stron. Jednak pozostałe rozdziały zawierają wiele zbędnych informacji lub informacje te są podane w zbędnie rozbudowanej formie. Książkę, bez straty dla spójności przekazu, spokojnie można by było „odchudzić” o dobre 100-120 stron. Zupełnie zbędne i bezsensowne są dywagacje na temat Uszakowa. Wiadome jest, że radziecka nauka ze względów czysto politycznych podnosiła pierwszeństwo rosyjskiego admirała w stosowaniu oryginalnej taktyki. Dobór literatury wpływa na przedstawienie bitwy ogromnej większości z punktu widzenia zwycięzców. Także pozbawiony racjonalnych względów są rozdziały o Napoleonie i ostatni poświęcony Waterloo i uwięzieniu cesarza Francuzów na Św. Helenie. Ponadto praca zwiera liczne nieścisłości dotyczące tak samego przebiegu starcia, jak i życia Nelsona, a także w zakresie kampanii lądowych prezentowanych w tekście. Na tych ostatnich autor się po prostu nie zna. Co do życiorysu Nelsona – w szerokim ujęciu – zaważył wybór popularnej i zbeletryzowanej biografii admirała pióra Anny i George’a Bidwellów. Co do samej bitwy, J.W. Dyskant często stawia w tekście znaki zapytania – liczba prac na temat bitwy jest ogromna, nawet jeśli chodzi tylko o literaturę anglojęzyczną, a autor wykorzystał zaledwie kilka i to nie najnowszych. Mnóstwo z tych prac dostępnych jest w domenie publicznej.

Reasumując, książkę można przeczytać, ale uważam, że nie warto jej kupować. Musimy jeszcze trochę poczekać na Corbeta, ale mam nadzieję na nowsze publikacje monograficzne bitwy.

Książka dostępna na rynku wtórnym.

Moja ocena 3/6

„Thirty Years War. Europe in agony” Wydawnictwo GMT Games Ltd.

pic32860_md

Recenzowana gra, wydana w 2001r., przenosi nas na pola Niemiec, Czech, Austrii, Belgii i wschodniej Francji, w okres jednego z największych europejskich konfliktów – Wojny Trzydziestoletniej.

Zakupiłem tę pozycję kuszony namowami nieocenionego Strategosa oraz … Nico (który teraz twierdzi, że TYW jest słabą grą, ale nie należy obecnie jego zdaniem się sugerować ). Również cena gry miała wówczas znaczenie (ok. 35$). Oczywiście decydujący wpływ miała tematyka tej pozycji – wielki konflikt XVII – wieczny w skali strategicznej. W Polsce takiej gry nie było i póki co nie ma. Jedynie przed około 15 laty ukazały się nakładem nieistniejącego Wydawnictwa DRAGON, dwie taktyczne gry „Kircholm 1605” i „Wiedeń 1863”. Tematyka, nawet w skali taktycznej, stanowi więc swoistą „terra incognita” na naszym rynku wydawniczym. Jest to o tyle przykre, że właśnie w tym okresie staropolska sztuka wojenna osiągnęła apogeum swego rozwoju, a liczba polskich gier, dotycząca tych czasów, jest marginalna. Zresztą cały wiek XVII był bardzo obfity jeśli idzie o wojny, lecz w naszym kraju żaden z tych konfliktów nie znalazł przełożenia na grę. Literatura naukowa czy popularnonaukowa opublikowana w Polsce, zainteresowanych historią wojskowości tamtych czasów, również nie rozpieszcza, a o wielkiej wojnie, bedącej tematem recenzowej gry, można przeczytać dosłownie jedną pozycję Petera Englunda „Lata wojen”. Mam nadzieję, że niszę tę wypełni publikowana nakładem Wydawnictwa InfortEditions kilkutomowa praca Pana Witolda Biernackiego pt. „Wojna trzydziestoletnia”.

Wracajmy jednak do meritum tj. do „Thirty Years War”. Podkreślić należy, iż jest to gra przeznaczona dla dwóch graczy. Jeden z nich kieruje działaniami Ligi Protestanckiej, drugi zaś prowadzi do boju armie Ligi Katolickiej i monarchii Habsburgów. Gra kładzie nacisk na działania militarne, jest jednak kilka ciekawych zdarzeń politycznych.

Grafika i wykonanie.

Gra zapakowane jest w klimatyczne, standardowe, kolorowe, pudełko charakterystyczne dla GMT (dla mnie jest nieco monotonne kolorystycznie, ale to kwestia gustu nie mająca znaczenia dla oceny gry). Pudełko wiele może przejść, oj wiele. Jest jednak mniej solidne niż te, w które zapakowała Prussia Defiant Stand firma Worthington Games. Wewnątrz opakowania znajdziemy liczącą 32 strony instrukcję do gry, mapę o wymiarach 86 na 56 cm., 456 kolorowych żetonów, 2 karty pomocnicze dla graczy, 110 kart, dwie kości dziesięciościenne do gry. W nowych egzemplarzach powinny być także woreczki stunowe na na żetony w liczbie 10.

Plansza przedstawia przede wszystkim Niemcy oraz obszary do nich przyległe. Wykonana została w technice point – to – point. Dominującym kolorem jest zieleń Niziny Niemieckiej. Pola oznaczają najistotnijesze miasta (okrągłe) i twierdze (gwiazdy) tamtych czasów. Mapa podzielona została na historyczne krainy. Uwzględniono również wszystkie istotne niezależne miasta (freistad – brunatny kolor). Niestety wykonano ją na cienkim papierze, co przy częstym korzystaniu doprowadzi do przetarcia papieru na zgięciach (zalecam jej wzmocnienie przezroczystą folią samoprzylepną). Na planszy zawarto także wszystkie tabele oraz istotne dla rozrywki tory. Żetony są solidne, duże, bardzo kolorowe i zdolne wiele przetrzymać. Nie ma żadnego problemu z identyfikacją czy stosowaniem współczynników. Instrukcja jest czarno – biała, jednak koniecznie należy pobrać ze strony wydawcy nowszą jej wersję, uwzględniającą wyjaśnienia i modyfikacje przepisów. Ślicznie prezentują się karty. Bardzo klimatyczne, z rycinami z epoki oraz z kolorowymi rewersami, solidnie wykonane. Są w standardowym wymiarze GMT, a więc bez problemu pasując na nie dostępne w Polsce protektory.

Szata graficzna, jak i wykonanie elementów gry, jest bardzo wysokiej jakości, tradycyjnie dla GMT Games. Potęguje to przyjemne wrażenia w czasie rozgrywki.

pic32862_md

Mechanika gry.

Thirty Years War to typowa card driven game i grand strategy. Każdy z graczy dysponuje własną, liczącą po 55 kart, talią. Talia ta podzielona jest z kolei na 3 zestawy kart: „Wczesnej wojny” (Early War), „Interwencji” (Intervention) i „Apokalipsy” (Apocalypse). Wraz z postępem rozgrywki, ewentualnie po spełnieniu określonych warunków, gracze do „Wczesnej wojny” dokładają kolejne zestawy kart. Co ważne, w przeciwieństwie do Paths of Glor, w recenzowanej grze obaj gracze jednoczesnie dokładają kolejne zesawy kart. Nie ma więc sytuacji, że jeden jest na poziomie „Interwencji” a drugi wciąż tkwi we „Wczesnej wojnie”.

Każdą z kart można zagrać na jeden z 3 sposobów – jako wydarzenie, a wówczas gros kart jest usuwane z gry, jako tzw. AID, czyli punkty na opłacenie jednostek w polu oraz klasycznie, czyli jako punkty operacyjne (OPS). Za OPS aktywujemy dowódcę, jednego w akcji. Karty mają wartość operacyjną od 1 do 3. Oczywiście karty o największej liczbie OPS są w przeważającej liczbie „najlepsze” (oczywiście wszystko zależy od sytuacji na planszy, ale faktycznie karty „3” są bardzo mocne). Są również specjalne karty bitewne zagrywane, jak w PoG, podczas bitwy. Oznaczono je czerwonymi literami „CC”.

I tu dochodzimy do ważnej kwestii, mianowicie co jest duszą Thirty Years War? Karty czy może coś innego? Po rozegraniu ok. 20 partii w tę grę jestem zdania, że jednak jej esencją są … dowódcy. Tylko dowódca może prowadzić armię. Jeśli któraś ze stron utraci wszystkich dowódców, staje się biernym obserwatorem wydarzeń na planszy. Bez znaczenia będzie, jakie karty ma na ręku. Nie przeprowadzi żadnej rekrutacji. Słowem – przegra grę.

W grze występują dowódcy dwóch rodzajów: dynamiczni (oznaczeni gwiazdką) i zwykli. Każdy z nich opisany został za pomocą 4 cech: aktywacji, współczynnika bitewnego, współczynnika dowodzenia i współczynnika śmierci. Pierwsza z tych cech oznaczana nic innego, jak minimalną wartość punktów operacyjnych, konieczną do uruchomienia wodza i podległych mu jednostek. Może ona wynosić od 1 (najlepsza) do 3 (najgorsza). Wodza o aktywacji „1” możemy uruchomić każda kartą. Tego o wartości „3” jedynie mocną „trójkową”. Współczynnik bitewny dodajemy do rzutu kością podczas walki. Może on mieć wartość od 0 do 3. Gros dowódców, szczególnie protestanckich ma tę cechę na poziomie „0”. Zaledwie trzech jest tytanami pola walki, mającymi najwyższy współczynnik bitewny. Dowodzenie to nic innego jak maksymalna liczba jednostek, jaką może dowódca zabrać ze sobą w czasie ruchu. Jednakże aktywny lider może zabrać innego albo kilku (za pewnymi wyjątkami) i do swojego dowodzenia dodać współczynnik dowodzenia pozostałych wodzów, ale suma nie może przekroczyć 8, albowiem tyle jednostek maksymalnie może stać na polu (jest oczywiście wyjątek). Ostatnia z cech ma zastosowanie po bitwach, gdy sprawdza się straty u wodzów. Wynik równy lub wyższy od tej wartości skutkuje gwałtownym zgonem wodza. Śmiertelność wodzów jest ogromna podczas tej gry. W ostatnich rozgrywkach ze Strategosem, w każdej traciłem ok. 10 dowódców. Stąd zalecam stosowania home rulesa polegającego na sprawdzaniu po bitwie czy w ogóle do ofiar wśród liderów doszło. Należy rzucić kością i jeśli uzyskany rezultat jest wyższy, niż zadany nam przez przeciwnika poziom strat – nie nasyłamy Cerbera na naszych dowódców. Dla przykładu: w bitwie obie strony zadały sobie jednakowe straty po 6 hitów – wynik 7+ na kości oznacza, że nie dochodzi do sprawdzania strat wodzów. Każdy z graczy sprawdza samodzielnie, czy jego wodzowie zostają poddani procedurze śmierci. Oczywiście w przypadku strat 9 i wyższych, Cerber zerwie się zawsze z łańcucha (albo jak kto woli Hades spuszcza go ze smyczy). Wszyscy wodzowie mają 8 punktów ruchu. Wszyscy mogą rekrutować, jednak nie więcej niż 2 rekrutacje na kartę na wodza. Liczbę dostępnych rekrutacji determinuje wartość operacyjna karty. Aktywacja samego wodza, bez jednostek to tzw. free action – nie trzeba zagrywać żadnej karty, a można lidera przestawić o 8 pól.

Niektórzy wodzowie mają specjalne właściwości lub obostrzenia. Przede wszystkim lider dynamiczny (czyli taki z gwiazdką, oczym było wyżej) nie może być „zabrany” przez niedynamicznego. Dwóch wodzów – Wallenstein i Gustaw Adolf – muszą zawsze być aktywowani, jeśli są na polu z innymi dowódcami. Wallenstein jest największym „dziwakiem”, co ma mocne uzasadnienie w historii. Ten najlepszy wódz krajów katolickich był obiektem zawiści i kompleksów csarskich. Obawiano się, że albo zdradzi, albo sam po wojnie obwoła się królem Czech i cesarzem. Zgładzono więc faceta. W grze te obawy przedstawia się za pomocą znacznika, który przesuwa się po torze ogólnym. Jeśli „wartość” Wallenstein na tym torze osięgnie 20 punktów, gra kończy się automatycznym zwycięstwem Protestanta. Na szczęście to Katolik ma decydujący wpływ na „zdobywanie” punktów przez tego wodza.

W grze występują 3 typy jednostek – weterani, najemnicy i milicje. Na żetonach oddziałów zaznaczono siłę, wytrzymałość i ruchliwość. Weteranów nie można rekrutować – ich jednostki są na planszy a reszta przychodzi z kart. Jednostkami tymi dysponują cesarscy, Hiszpanie, a ze strony protestanckiej jedynie Szwedzi. Pozostałe dwa typy jednostek moga być rekrutowane przez obie strony. Trzeba uważać jedynie na ograniczenia narodowe wskazane w rodziale 17 instrukcji (Bawarowie nie mogą rekrutować w określonych obszarach, Duńczycy w ogóle itd.). Jak już wspominałem, na jednym polu może stać maksymalnie 8 jednostek własnych. Wyjątkiem są twierdze, gdzie może stać 16 jednostek (8 w środku twierdzy i 8 na zewnątrz). Jednostki poruszają sie w ramach armii, czyli z wodzem, albo w ramach tzw. free action – jedna jednostka bez zagrytwania karty. Jeśli poruszamy się armią, musimy pamiętać o spustoszeniach (pillage), jakie ona na trasie pochodu czyniła. Ruch trzech do pięciu jednostek powoduje koniecznośc położenia markera spustoszeń o wartości 1. Większą armia o wartości 2 albo dwóch o wartości 1. Mechanizm ten doskonale oddaje wprowadzoną przez Wallensteina (wedle niektórych przez Tilly’ego) zasadę „wojna żywi się wojną”. Bitwy rozstrzyga się bardzo prosto. Każdy z przeciwników oblicza siłę swoich wojsk, uwzględnia modyfikatory z wodzów i kart bitewnych (za teren nie ma żadnych, a szkoda). Ciepa się kością dodając albo odejmując sumę modyfikatorów i odczytuje wynik z kolumny odpowiadającej naszej sile. Liczba oznacza stratę punktów odporności. Zasady ponoszenia strat są takie same jak w Paths of Glory. Dla przykładu: utrata 6 punktów odporności oznacza koniecznośc osłabienia dwóch pełnych jednostek najemników (odporność 3) bądź trzech jednostek milicji (odporność 2). Przy stosunku 4:1 można przeprowadzić kosztem dodatkowego punktu ruchu operację overunu. Tylko armia może skutecznie poprowadzić oblężenie twierdzy. Każda z nich dysponuje siłą obrony, która oznacza minimalną siłę wojsk oblegających. Jednakże do siły twierdzy doliczyć należy wartość siły jednostek w niej zamkniętych. Aby skutecznie oblec taką twierdzę trzeba miec wojska co najmniej tyle ile wynosi suma współczynników twierdzy i jej „załogi”. Taka oblężona twierdza może paść po aktywacji wodza do szturmu. Jeśli szturm się nie powiedzie, kładziemy marker oblężenia z dodatkowym modyfikatorem do rzutu.

Jednostki trzeba opłacić na koniec każdego etapu. Niektóre armie w określonych prowincjach są zawsze opłacone. Za inne jednostki trzeba zapłacić korzystając z punktów AID. Jeśli nie starczy nam „kasy”, nieopłacone wojska będą rabować – wykonujemy rzut na stosowaną tabelę, uwzględniamy modyfikatory (liczba jednostek, typ, dynamiczny wódz, spustoszenia na polu) i albo nic się nie dzieje, albo tracimy nawet do 2 poziomów sprawności bojowej i trzeba pod wojska podłożyć marker spustoszeń o wartości 2. Rabowac będą także wojska wówczas, gdy znajdą się w izolacji i nie będą mogły poprowadzić linii komunikacyjnej do swojej bazy zaopatrzenia.

W bardzo oryginalny sposób rozwiązano kwestię wojny w Niderlandach. Mamy tor, gdzie zagrywa się wydarzenia przesuwające marker tej wony w kierunku zwycięstwa Hiszpanów albo Protestantów.

Generalnie mechanika gry nie jest skomplikowana. Osoby obeznane ze „Ścieżkami Chwały” bez trudu przyswoją sobie mechanikę TYW. Dobrze też w zasadzie oddają one klimat epoki. Nie ma więc potrzeby „uatrakcyjniać” jej. Warto dodać doatkowego weterana cesarskim na początku gry. Nie do końca chyba autorzy przemyśleli jednak kwestie związane z oblężeniemi. Nie da się bowiem praktycznie skutecznie założyć oblężenia na twierdzę z pełną armią złożoną z samych najemników. Blokować taką fotyfikację zawsze było można, a tgo w grze oddać nie można.

Zwycięża się na punkty na koniec ostatniego etapu. 20 do 30 PZ to remis. 10 i mniej zwycięstwo Protestanta a 31 i więcej Katolika. Automatyczne zwycięstwo Katolik odnosi wówczas, gdy uzyska na koniec któregokolwiek etapu 50 PZ. Protestant wygrywa automatycznie w 3 przypadkach: liczba PZ wynosić będzie 0 lub mniej, współczynnik Wallensteina osiągnie 20 pkt, kontroluje jednocześnie Wiedeń, Brukselę i Monachium.

pic32864

Historyczność gry.

Gra zaczyna się w roku 1619, a więc po pierwszych walkach. Niestety już ustawienie początkowe mocno odbiega od historycznego. Przede wszystkim Czeskie Budziejowice na terenie Czech powinny znajdować się pod kontrolą cesarskich i tam powinna stać armia feldmarszałka Buquoy. Śląsk był w pełni kontrolowany przez Protestantów, sam bowiem przyłączył się do rebelii. Także wartości współczynników niektórych wodzów budzą wątpliwości (szczególności Buquoy, Anhalt, Schlick, Thurn). Brak jest ważnego dowódcy czeskiego gen. Hohenlohe oraz cesarskiego gen. hrabiego Dampierre’a. Thurn i Schlick wraz z swoimi wojskami powinni raczej znajdować się z Znaimie (jesienna wyprawa na Austrię Dolną). Również kwestia połączeń między polami budzi uzasadnione wątpliwości – brak trudnych, droższych w ruchu, połączeń nie znjaduje uzasadnienia historycznego nawet biorąc pod rozwagę skalę czasową (1 etap = 2 lata czasu rzeczywistego). Również siły jakimi dysponują początkowo obaj gracze są zbyt duże, szczególnie wojska Protestantów.

Konkluzja.

Recenzowaną grę, w mojej ocenie, uznać należy za udaną. Wielkimi jej zaletami jest interakcja, prostota przepisów i czas rozgrywki. Rozgrywka potrwa maksymalnie 5 do 6 godzin. Niebagatelne znaczenie ma także temat gry, jakość wykonania.

Podniesione wady wpływają oczywiście na ocenę gry, ale nie umiejaszają wspaniałej zabawy z rozgrywki. Jestem zdania, że nie zniechęcą one Czytelnika do sięgnięcia po tę dobrą grę. Dla mnie, obok „Ścieżek chwały”, „Prussia Defiant Stand” i „Empire of the Sun”, jest to jedna z najlepszych gier CDG dla dwóch graczy. Będzie to bardzo dobra rozrywka na wakacyjne wieczory.

Niestety, gra dostępna jest tylko na rynku wtórnym, gdzie osiąga bardzo wysokie ceny.

Ocena:

Grafika – 8/10

Historyczność – 6/10

Grywalność – 8/10

Ocena końcowa – 8/10

Armia Wielkiego Księcia Konstantego. Wyszkolenie i dyscyplina Wojska Polskiego w latach 1815-1830. – Maciej Trąbski.

11349006155146d17a5bf2b

 Omawiana książka ukazała się w 2013 roku nakładem wydawnictwa NapoleonV. Jest to pierwsza tego typu praca w naszej historiografii. Wcześniejsze publikacje, mocno już wiekowe, Bronisława Gembarzewskiego (Wojsko Polskie. Królestwo Polskie 1815-1830) i Wacława Tokarza (Armja Królestwa Polskiego), czy nowsze Mieczysława Chojnackiego (Wojsko Królestwa Polskiego 1815-1830) i Tomasza Malarskiego (Armia Królestwa Polskiego 1815-1830) nie wyczerpywały całości zagadnienia, a wręcz pewnych kwestii w ogóle nie poruszały lub czyniły to w sposób szczątkowy. Przede wszystkim zaznaczyć należy, iż omawiana monografia oparta została o dogłębne badania źródłowe autora i własne analizy. Dzięki temu praca prof. Trąbskiego stanowi znaczący krok naprzód w badaniach nad rodzimą wojskowością doby Królestwa Kongresowego.

Autor starał się w sposób kompletny przedstawić zagadnienia związane w organizacją, liczebnością, wyszkoleniem, służbą, dyscypliną i morale armii polskiej w latach 1815-1830. Z tego względu monografia podzielona została na cztery rozdziały.

W pierwszym analizie poddano osobę Naczelnego Wodza w.ks. Konstantego, jego metody „zarządzania” armią, stosunek do podwładnych, wpływ na organizację i wyszkolenie wojska itp. Podkreślić należy, iż opis ten jest bardzo obiektywny. Maciej Trąbski wykazuje, że wiele informacji na temat Naczelnego Wodza, zawartych w pamiętnikach, jest nieprawdziwych. Bardzo wiele spięć między Konstantym a jego podwładnymi wynikało z różnic kulturowych oraz gwałtownego usposobienia księcia. W tym samym rozdziale autor omawia także organizację i rolę w powstaniu i funkcjonowaniu armii Komitetu Organizacyjnego Wojskowego i Komisji Rządowej Wojny, spory kompetencyjne między ministrem wojny a Naczelnym Wodzem itp.. Ostatnia część tego rozdziału prezentuje aspekty związane z organizacją i liczebnością armii, jej zmiany we wszystkich trzech rodzajach broni oraz w Korpusie Rakietników, Żandarmerii i Korpusie Weteranów. Dodatkowo omówiony został materiał ludzki zarówno co do oficerów, jak i podoficerów i szeregowych, w tym status majątkowy każdej z grup.

Rozdział drugi poświęcony został teoretycznym i praktycznym aspektom wyszkolenia armii Królestwa Polskiego. Autor omawia poszczególne etapy szkolenia, począwszy od szkoły żołnierza, przez szkołę plutonu, po wielkie rewie letnie w powązkowskim obozie pod Warszawą. Prof. Trąbski zwracała uwagę zarówno na słabsze strony wyszkolenia jak m.in. nieumiejętność przygotowania pozycji, braki w wyszkoleniu operacyjnym kadry dowódczej, ale też zwraca uwagę na awangardowe rozwiązania m.in. naukę pływania żołnierzy. Sporym zaskoczeniem dla mnie jest informacja o braku źródłowego potwierdzenia sposobu wydzielania tyralierów wskazanego przez Mierosławskiego. W połączeniu ze wspomnieniami oficerów biorących udział w wojnie, którzy pisali o stosowaniu starego sposobu formowania osłony tyralierskiej, może to stanowić asumpt do poddania w wątpliwość twierdzeń Mierosławskiego, tym bardziej, że nie są one wolne od innych błędów.

Kolejny rozdział poświęcony został służbie garnizonowej – zarówno od strony formalnej jak i praktycznej. Od strony formalne omówiono regulaminy oraz instrukcje i przepisy służbowe. Od strony praktycznej przedstawiono ich faktyczne zastosowanie na podstawie „Rozkazów Dziennych” Naczelnego Wodza. W rozdziale tym autor pokusił się także o przedstawienie problematyki zakwaterowania sił zbrojnych, a także budownictwa wojskowego.

Ostatni rozdział prezentuje problematykę prawodawstwa wojskowego. W rozdziale tym przedstawiono również zasady funkcjonowania sądownictwa wojskowego oraz ogromny wpływ Konstantego na proces orzekania. Omówiono również kodeksy postępowania oraz prawa materialnego. Autor przytoczył liczne przykłady przewinień dyscyplinarnych i karnych popełnianych zarówno przez oficerów jak i niższe szarże. W rozdziale tym zawarto również problematykę morale oraz nagród dla żołnierzy i oficerów.

Cennym uzupełnieniem pracy są liczne aneksy na jej końcu. Przedstawiają one schematy organizacyjne oraz regulaminowe szyki baonu, brygady oraz dywizji. W formie tabeli przedstawiono również dowódców pułków wszystkich rodzajów broni oraz służb.

Nie dostrzegłem żadnych błędów edytorskich. Książkę czyta się bardzo dobrze, za co, biorąc pod uwagę temat monografii, należy autorowi podziękować. Nie jest to oczywiście lektura „do poduchy”, ale dołożono wszelkich starań aby była ona dla czytelnika jak najmilsza.

Troszkę żałuję, że prof. Trąbski nie pokusił się o przedstawienie w analogiczny sposób, oczywiście w odpowiednio mniejszym zakresie, wyszkolenia i dyscypliny Korpusu Litewskiego. Mam nadzieję, że niedługo Maciej Trąbski uraczy nas taką pozycją.

Podsumowując, książka świetna i absolutnie niezbędną każdemu miłośnikowi historii wojskowości.

Moja ocena 6/6

Książka dostępna w sprzedaży u Wydawcy oraz w księgarni internetowej fortgier.pl

http://fortgier.pl/p/31/23210/armia-wielkiego-ksiecia-konstantego-wiek-xix-ksiazki-ksiazki-historyczne.html

Kilka uwag do nowej gry Wydawnictwa Strategemata pt. „1831 Za wolność naszą i waszą. Olszynka Grochowska”

olszynka

Od bardzo dawna nie pisałem o żadnej grze. Z różnych przyczyn. Najbardziej prozaiczną jest brak czasu na sporządzenie przyzwoitej recenzji takiego produktu. Poza tym wolę pograć z synem, niż ten sam czas poświęcać na pisanie o grach. Poniższe uwagi nie stanowią recenzji. W grę o bitwie pod Olszynką Grochowską  nie grałem. Ba, ona nawet się jeszcze nie ukazała. Jednak Wydawca, Adaś Niechwiej, udostępnił instrukcję na stronie swojego Wydawnictwa. Bardzo jestem za to wdzięczny.

Dla mnie w grach historycznych, oprócz samej grywalności, ważne jest ujęcie w ramach przepisów tzw. „chromu”, czyli tych wszystkich niuansów, które pozwalają w mniej lub bardziej udany sposób oddać ducha danej epoki wojskowości. Zderza się tutaj z jednej strony niechęć do ślęczenia nad planszą po kilkanaście/kilkadziesiąt godzin z jak najlepszym oddaniem realiów pola bitwy (w tym przypadku później ery napoleońskiej).

Lektura udostępnionych przepisów wskazuje jednak, że z tym „chromem” w Olszynce jest słabo. Nie chodzi mi o sam przebieg gry, bo to może być całkiem szybka i dość koherentna rozgrywka. Rzecz  w tym, że moim zdaniem ta gra mogłaby być o każdej bitwie od XVIII do połowy XIX wieku. Innymi słowy nie oddaje ona specyficznych rozwiązań taktycznych epoki napoleońskiej, jak też właściwości samego konfliktu.

Analizując przepisy doszedłem do następujących wniosków:

  1. Gra została „źle wyskalowana”. Jeden heks to ok. 200 metrów terenu, jeden punkt liczebności piechoty to ok. 90 ludzi, w kawalerii ok. 60 a w artylerii 6-9 dział. Oddział piechoty liczy maksymalnie 9 pkt liczebności, kawalerii również 9 pkt. a artylerii 2 pkt. Przez „oddział” mam na myśli jeden żeton, nawet jeśli jest on sztucznie wydzielony z jakiejś formacji na potrzeby gry. Dalej autor gry stwierdza, że oddziały „nie posiadają określonego szyku”. Wyjątek stanowi czworobok dla piechoty. Biorąc pod uwagę, że podstawową wielkością jednostki w grze dla piechoty jest baon, kawalerii pułk a artylerii bateria czy kompania, to jest rozwiązanie dziwne, o czym dalej, ale da się go jeszcze bronić. Rzecz jednak w tym, że nawet jeśli wg autora, na potrzeby jego gry, oddziały szyku nie mają, to w rzeczywistości przyjmowały jeden z dwóch podstawowych szyków (nie mówię o artylerii): kolumnowy albo rozwinięty. O ile w przypadku szyku kolumnowego od biedy jeszcze, to się trzyma to w przypadku szyku rozwiniętego mamy strasznego babola niestety. Autor gry nie ma bowiem żadnego pojęcia o regulaminach i zasadach rozwijania baonu piechoty oraz pułku jazdy w linię bojową w armii królewskiej i cesarskiej. Nie zna zasad wydzielania tyralierów z linii. A wszystkie one były takie same, bo w razie wojny wojsko polskie stanowiło VI Korpus armii imperialnej. W przypadku rozwiniętego w linię baonu piechoty liczącego 9 pkt liczebności (810 ludzi), front z interwałami między dywizjonami wynosił będzie ok. 250 metrów. I taką wartość przyjmie nawet po wydzieleniu maksymalnej liczby tyralierów (nie wydzielano ich z pierwszej linii). W przypadku oddziału (bo nie pułku) kawalerii liczącego 9 pkt liczebności (540 ludzi) tj. odpowiednika 220 do 240 rot, front takiego oddziału wynosił będzie 360 do 400 kroków tj. od 260 do 280 metrów. Wydzielenie flankierów niewiele zmieni bo ci zajmowali swoje miejsce w szyku lub na skrzydłach linii tuż przed walką. Dalej, przyjęta skala czasowa (1 etap = 30 minut czasu rzeczywistego) i ruchliwość oddziałów są niespójne. Piechota w tak dużej jednostce czasu pokonuje raptem 800 metrów. Nawet w szyku rozwiniętym ruchliwość ta powinna być o co najmniej 1 pkt ruchu większa (to negatywne aspekty przyjęcia rozwiązania „nieokreślonego szyku”). To samo tyczy się kawalerii – ciężka ma 6 pkt ruchu a lekka 7. Dla mnie jest to mocno zabawne biorąc pod uwagę np. regulaminy dla rosyjskich kawalergardów z okresu po wojnach napoleońskich. Np. stwierdzano w  nich na podstawie doświadczeń wojennych, że pułk może uderzać galopem z prędkością 160 sążni na minutę (ok. 254 metrów) przez 6 minut – czyli dalej niż w terenie czystym wyniesie ruchliwość takiego pułku w grze.  O pomstę do nieba woła cały rozdział o artylerii. Autor nie ma w ogóle pojęcia o sposobach prowadzenia ognia w owym czasie (strzał rdzenny, ostro przez metal, nawiasowy) ani o zasięgu ognia. Zasięg ognia skutecznego strzałem rdzennym to ok. 1350 metrów, a nawiasowym, ponad 2 km (jednorogi do 2 km).
  2. Walka – same zasady wydają się ciekawe i nie mam podstaw aby krytycznie wypowiadać się co do samego pomysłu (nie grałem). Natomiast rezultaty budzą wątpliwości. Zapoznając się z wynikami starcia trwoga mnie chwyciła, gdy zauważyłem że w pojedynczym starciu straty jednej ze stron mogą wynieść nawet pół tysiąca ludzi. W stosunku do strat zadawanych artylerią to jakaś aberracja ( w epoce artyleria zadawała, w zależności od warunków od 40 do ponad 50% strat). Artyleria zadaje straty tylko na najbliższą odległość, co jest bzdurą (niezwykle skuteczne strzały rdzenne przeciwko kolumnom). W przypadku modyfikatorów za walkę brak jest modyfikatora dla wojsk polskich za lepsze wyszkolenie w „robieniu bagnetem”.
  3. Przezabawna dla mnie okazała się zasada płacenia 1 pkt ruchu za każdą zmianę ukierunkowania o 60 stopni. Czyli aby wykonać w tył zwrot należy wydać 3 pkt ruchu, podczas gdy w rzeczywistości kwestię tę rozwiązywał prosty rozkaz „w tył zwrot”. Nawet uporządkowanie szyku przy tak długiej jednostce czasu jest bez znaczenia dla ewentualnej ruchliwości oddziału (znowu negatywny aspekt „nieokreślonego szyku”).
  4. Znowu o artylerii – nie wiem skąd pomysł aby artyleria strzelała do najbliższego celu – artyleria w zależności od tego czy wspierała atak czy obronę miała cele priorytetowe. W ataku przede wszystkim zwalczała wrogą artylerię. W obronie przede wszystkim siłę żywą nepla.
  5. W grze nie istnieje dowodzenie. Nawet w formie szczątkowej. Jest jedynie wpływ dowódców na morale podczas walki.

Dla mnie te wszystkie „wypaczenia” są na tyle istotne, że w tym kształcie w grę nie zainwestuję. Ocenę jednak pozostawiam Czytelnikom.

STUDIUM NAD BITWĄ – Ardant du Picq

20161125_195134

W 2012 oraz w 2015 roku staraniem oświęcimskiego Wydawnictwa NapoleonV ukazał się reprint przedwojennego, polskiego wydania klasycznej już pracy francuskiego płk. Charlesa Ardanta du Picqa „Studium nad bitwą„.

Autor był oficerem francuskiej armii, uczestnikiem dwóch wojen (krymskiej i francusko-pruskiej) oraz dwóch kampanii kolonialnych (Algieria i Syria). Zginął 16 sierpnia 1870 w bitwie pod Mars la Tour.

Fenomen pracy du Picqa polega na poświeceniu całej publikacji psychologicznym aspektom walki i decydującemu, zdaniem autora, wpływowi morale na ostateczny wynik starcia. Zaznaczyć należy, iż pierwsze, w dodatku niepełne, wydanie tej książki ukazało się dopiero 10 lat po śmierci pułkownika. Od razu zyskał on rzesze „wyznawców”, a jego teorie stanowiły podwaliny francuskiej doktryny offensive à outrance. Do dziś zajmuje poczesne miejsce w anglojęzycznych publikacjach na temat wojskowości przełomów XIX i XX wieku.

Książka składa się z dwóch zasadniczych części: walki starożytnej i walki nowoczesnej. Każda z nich podzielona została na rozdziały. W części pierwszej jest ich siedem, z czego dwa poświęcone analizie bitew pod Kannami i Farsalos, a trzy mechanizmowi i wyszkoleniu w czasach starożytnych. Jeden jest wstępnym i dotyczy walki „ludzi pierwotnych” a ostatni stanowi podsumowanie. W części drugiej mamy sześć rozdziałów: pierwszy, najważniejszy i zarazem najbardziej ogólny, trzy kolejne dotyczą roli podstawowych rodzajów broni na współczesnym autorowi polu walki, piąty roli sztabów, dowództwa i administracji a ostatni instytucji społecznych i wojskowych oraz temperamentów narodowych. Na końcu znajduje się dodatek w postaci wyboru tekstów autorów antycznych i korespondencji autora z różnymi oficerami, uczestnikami starć podczas wojny krymskiej i francusko-austriackiej w 1859 roku. Całość liczy 134 strony dosyć trudnego tekstu. Niestety, ponieważ mamy do czynienia z reprintem, w wydaniu, którym ja dysponuję (2012), jest wiele literówek wynikających z przystosowywania zapewne skanów wydania z 1927 roku do nowej edycji. Nie umniejsza to przyjemności lektury, ale niektóre „wpadki” są zabawne.

Myśl przewodnią książki autor ujawnia już na początku, we „Wstępie”. Twierdzi on, że skoro naczelnym celem wojska jest walka, a człowiek zasadniczym jej narzędziem, to dopiero poznanie podstawowego instrumentu pozwoli zorganizować wojska, zapewnić odpowiednią organizację i taktykę, wytworzyć karność i spoistość oddziałów. Ta analiza człowieka pod kątem jego działania w warunkach zorganizowanej walki przewija się przez całą pracę. Oczywiście zawiera ona także elementy taktyki, organizacji, pracy sztabów, roli dowódców oraz bardzo ważny i często bagatelizowany element postrzegania wojska przez społeczeństwo i relacji armia – cywile. Wszystko to jednak są dodatki do analizy zachowania żołnierza podczas bitwy. Chęć zachowania życia, strach kierujące człowiekiem podczas walki, przełamywane pozytywną motywacją oraz karnością i spoistością wynikającą z doświadczenia – przewijają się na kartach bardzo często, począwszy od pierwszego rozdziału pierwszej części. Analiza zachowania zachowania żołnierza, generalnie trafna, prowadzi jednak pułkownika czasami do błędnych wniosków, tak na gruncie psychologii, jak i na jej styku z aspektami czysto wojskowymi. Afirmantom francuskiego oficera te niedociągnięcia bardzo często umykają.

Przede wszystkim inaczej przedstawiał się w starożytności i średniowieczu etos wojownika/żołnierza niż widzi to autor. W analizie reakcji żołnierza du Picq zauważa bardzo ważny czynnik, jakim jest prozaiczna niechęć do zabicia bliźniego (choć inaczej go interpretuje). W połowie XIX wieku i w latach następnych, wraz z rozwojem edukacji, praw i swobód obywatelskich, humanitaryzacją systemów prawnych, coraz większą świadomością społeczną, wiedzą medyczna itp. częściej występowała niechęć żołnierzy do zabijania siebie. Nie bez wpływu pozostawał tu także rozwój techniczny środków walki. Wręcz podręcznikowy przykład takiej sytuacji przedstawia na pierwszej stronie książki. Tymczasem, jak wynika z ustaleń Marshalla, Holmesa czy Grossmana, taka postawa nie ma nic wspólnego ze strachem.  Du Picq popełnia ten sam błąd co współcześnie płk David Grossman – uważa, że natura ludzka jest niezmienna, a zmienne są tylko czynniki zewnętrzne. Im dalej bowiem cofniemy się w czasie, tym mniejszy będzie poziom „tolerancji” dla bliźniego. Jeszcze na przełomie XVIII i XIX wieku powszechne było w  państwach niemieckich wieszanie dzieci za przestępstwo kradzieży. W średniowieczu czy starożytności publiczna egzekucja stanowiła rozrywkę. Nie wspomnę o masakrach ludności miejskich czy autochtonów podbijanych terytoriów. Oczywiście i wśród żołnierzy byli tacy, którzy temu krwawemu szaleństwu nie poddawali się, ale większość zdecydowanie tak. Także przekroczenie pewnego poziomu poszanowania przeciwnika będzie rodziło chęć odwetu i ostatecznie wytrwanie w postanowieniu „walki do końca”, czego przykładem jest front wschodni i niemiecki Wehrmacht. Warunki społeczno-socjologiczne w jakich żyli ludzie w starożytności i średniowieczu z powodzeniem można odnieść do współczesnych spostrzeżeń ludzi zajmujących się przemocą. Dostrzegli oni oczywisty związek między tym, co jest nam przedstawiane (otacza nas w przekazach medialnych), a  przemocą w społeczeństwie. W ówczesnych warunkach ludzi zewsząd otaczała przemoc, która także była formą rozrywki (dziś różne ważne agendy, na podstawie tysięcy badań, chcą ograniczenia przemocy w mediach i grach elektronicznych z uwagi na kształtowanie wzrostu agresywnych zachowań u dzieci oraz ich znieczulicy na przemoc). W konsekwencji przemoc była czymś powszechnym a jej stosowanie postrzegano jako objaw siły. Tym samym starcie piechoty nie trwało wcale tak krótko, jak twierdzi autor. Jego twierdzenia są w tym zakresie sprzeczne. Skoro wyczerpanie moralne jest tak wielkie, że starcie jest wyjątkowo krótkie, to po co zmiana legionistów? Pominę tu oczywiście zupełnie już zdezaktualizowane jego wyobrażenia o wojskowości greckiej i rzymskiej (po jego śmierci nauka w tym zakresie bardzo się rozwinęła). Liczne, niebudzące wątpliwości przykłady dowodzą, że bitwy trwały wiele godzin. Ataki ponawiano często falowo. Wówczas zmiana na pierwszej linii jest konieczna. Faktycznie niewielu wytrzyma tak długo napięcie wywołane walką w jej najtrudniejszej postaci – walki bezpośredniej. Także straty w takim bezpośrednim starciu musiały być zdecydowanie wyższe niż uważa autor. Chodzi mi o fazę rzeczywistej walki,  nie o całe starcie zakończone ucieczką którejś ze stron. Nie budzi wątpliwości, że podczas ucieczki następowała rzeź. Należy jednak brać pod uwagę, że obie strony z tego oczywistego faktu sprawę sobie zdawały (tzw. „efekt pogoni” lub „łowcy”).  Stąd nie ma podstaw by wątpić w twierdzenia Ksenofonta, Tukidydesa czy Cezara na temat przebiegu walki. Zupełnie nietrafione są poglądy du Picqa w stosunku do Japończyków.

Du Picq dostrzega, że zorganizowana walka niesie ze sobą oddziaływanie na dwóch płaszczyznach – moralnej i materialnej. Nie docenia jednak czynnika materialnego. Ewolucja walki nastąpiła w kierunku, który on wykluczył – obecnie podstawowy sposób jej prowadzenia polega na wymianie ognia. W jego ocenie karność i spoistość oddziału, jako pozytywna motywacja działania żołnierza, pozwolą, mimo przewagi materialnej obrońcy uzyskać pożądany efekt przełamania. Jako przykład podaje on wojnę secesyjną i brak zwartości oddziałów amerykańskich, które wg niego miały prowadzić walkę na dużą odległość. Nic bardziej błędnego – amerykańskie oddziały rekrutowane regionalnie miały wielką spoistość a walkę prowadziły na napoleońskie dystanse kilkudziesięciu metrów. Du Picq nie rozumiał, że siła niszcząca współczesnej mu broni prowadzi do kolosalnych strat w ataku. Jedynie równowaga polegająca na zapewnieniu odpowiedniego zabezpieczenia materiałowego, niweczącego przewagę obrońcy, i odpowiedni duch pozwolą osiągnąć sukces. Mogło to wynikać w istocie z niewielkiego doświadczenia bojowego autora. Jedyną wielką bitwą, w której uczestniczył, była ta pod Mars la Tour. Reszta jego doświadczeń to zwalczenie grup Beduinów i uczestnictwo w oblężeniu Sewastopola.

Jako zupełnie nietrafione uznać należy wnioski francuskiego pułkownika na temat kawalerii. Praktycznie w całości opierają się na literaturze XIX-wiecznej (Jomini, Nolan) i wcześniejszej (Ksenofont). Co więcej stoją one w sprzeczności ze spostrzeżeniami naszego rodaka gen. Ignacego Prądzyńskiego. Du Picq nie widział żadnego starcia kawalerii z kawalerią, nie rozumiał postępującej marginalizacji jej znaczenia i roli na nowoczesnym polu bitwy (w końcu stała się poruszającą się konno piechotą).

Jeszcze miałbym kilka uwag do tez autora. Nie dotyczą one jednak głównego nurtu jego pracy (moim zdaniem Du Picq nie rozumiał operacyjnego poziomu wojny, zdezaktualizowały się jego uwagi o taktyce itp.) i nie ma powodu aby je tu rozwijać.

Podsumowując, bez względu na to czy książkę jedynie przeczytamy czy też będziemy z nią pracować, należy pamiętać, że Du Picq nie dostrzega wszystkich elementów, jedne przecenia a innych nie docenia.  Biorąc pod uwagę czas powstania pracy, tym razem powstrzymam się od jej oceny. Jako że jest to pozycja klasyczna, każdy interesujący się historią wojskowości powinien się z nią zapoznać.

Książka dostępna w dwóch wydaniach: w twardej, lakierowanej okładce i miękkiej. Można ją nabyć u wydawcy i w księgarni internetowej Fort Gier.

http://fortgier.pl/p/33/24327/studium-nad-bitwa-miekka-oprawa—publikacje-przekrojowe-ksiazki-ksiazki-historyczne.html

POWSTANIE CYWILISA 69-70. Agnieszka Bartnik

bartnikpowstanie

Prezentowana pozycja ukazała się staraniem zabrzańskiego wydawnictwa InfortEditions w 2011 roku w ramach serii Pola bitew. Celem pracy było przybliżenie czytelnikom losów powstania germańskiego plemienia Batawów znanego w naszej historiografii, od imienia przywódcy, Powstaniem Cywilisa. Zryw Germanów miał miejsce podczas trudnego dla Rzymu okresu zwanego „rokiem czterech cesarzy”.

Książka liczy 84 strony. Zawiera 9 map i schematów. Podzielona została na wstęp, cztery rozdziały i zakończenie. We wstępie przedstawiono cel pracy. Pierwszy rozdział prezentuje sytuację polityczną w Imperium w pierwszej połowie I wieku n.e.. Kolejny to krótki opis walk czterech pretendentów o cesarską purpurę. W trzecim rozdziale Autorka opisuje przebieg tytułowego powstania. Ostatni rozdział to lakoniczne przedstawienie konsolidacji państwa po zwycięstwie Wespazjana. Redakcja pracy jest niestety mocno przeciętna, mówiąc eufemistycznie. Na 84 stronach znalazłem blisko 20 literówek. Dodatkowo, w trakcie lektury odniosłem wrażenie, że niektóre partie tekstu zostały „pocięte”, co powoduje zupełną nieczytelność fragmentów książki. Szczególnie dotyczy to drugiego rozdziału, gdzie często opisy są zupełnie niekompatybilne z załączonymi mapami.

Temat powstania jest niewątpliwie ciekawy. Niestety Autorka nie podołała zadaniu. Praca zawiera wiele błędów merytorycznych, w tym wręcz kuriozalne. Mamy więc w całej książce Legion Vitrix (co nic nie znaczy) zamiast Legion Victrix (zwycięski). Pojawia się jakieś plemię Rokoksolanów (czy jakoś podobnie) zamiast Roksolanów. Pojawia się także żywiący nieustającą sympatię do Rzymian Kommiusz, który po swojej ucieczce do Brytanii szczerze nienawidził swych dawnych przyjaciół. Przy opisie przebiegu powstania wyraźnie widać, że Autorce brakowało koncepcji. Cały rozdział liczy ok. 30 stron, a blisko połowa to opis przyczyn zrywu Germanów. Niestety jest to ta połowa tekstu to wielokrotne powielanie tych samych argumentów. Gdyby rozdział „wycisnąć” to z 15 stron zostałoby jakieś 4-5. Przebieg działań wojennych bardzo lakoniczny, co zresztą wynika z niewielkiej ilości dostępnych nam źródeł.

Generalnie temat raczej na duży artykuł niż na książkę, nawet tak niewielkiej objętości. Dodatkowo Autorka polegał  na wielu polach. Moim zdaniem szkoda czasu na lekturę.

Moja ocena 1/6

ROGI HITTINU 1187 – Marian Małecki

473084-352x500

W 2010 roku zabrzańskie wydawnictwo InfortEditions oddało do rąk Czytelników pracę dr Mariana Małeckiego pod wyżej wymienionym tytułem. Książka ta przedstawia polityczno -historyczne tło oraz przebieg tytułowej bitwy, która przesądziła o losie państw chrześcijańskich na Bliskim Wschodzie. Ponieważ historia Bizancjum i państw Outmeru znajduje się w kręgu moich zainteresowań, z wielkim zainteresowaniem sięgnąłem po tę pozycję. I nie zawiodłem się!

Książka liczy 334 strony. Została podzielona na 8 rozdziałów, wstęp i zakończenie. Autor dodał także całkiem pokaźnych rozmiarów aneks z tekstami źródłowymi na temat przebiegu bitwy. Pozycja opatrzona została 10 mapami oraz liczne fotografie wykonane przez samego Autora. Dodatkowo w pracy umieszczono 3 kolorowe, bardzo ładne, rysunki wojowników z epoki. Strona edytorska bardzo dobra. W całej pracy znalazłem raptem kilka drobnych literówek. Lektura całości – to była dla mnie czysta przyjemność.

Muszę przyznać, że jak na pracę popularno-naukową (z zdecydowanym akcentem na „naukową”), Autorowi udało się zachować ciągłość narracji niczym w utworze beletrystycznym. Jednocześnie idealnie zachował proporcje między wprowadzeniem do tematu (synod w Clermont, I Krucjata itd. okres rozkwitu Królestwa Jerozolimskiego – dwa pierwsze rozdziały tj. ok. 98 stron) a zagadnieniami stricte poprzedzającymi opisywaną bitwę i sam jej przebieg (100 stron w trzech rozdziałach). Aby jeszcze jaskrawiej przedstawić te powiązania, zaznaczę, że okres od 1095 roku  do 1174 przedstawiono na 98 stronach. Kolejne 7 lat na 38 stronach, a przebieg samej bitwy na 62. W szóstym rozdziale autor przedstawia oblężenie Jerozolimy i jej upadek oraz inne wydarzenia prowadzące do III Krucjaty. Dwa ostatnie rozdziały prezentują najnowszy stan badań nad ruchem krucjatowym oraz aspekty prawne obecności państw krzyżowców na Bliskim Wschodzie.

Sam opis bitwy jest bardzo klarowny, opatrzony mapami. Każdy etap starcia jest przedstawiony w sposób logiczny a narracja prowadzona wartko, fachowo i ciekawie. Autor nie unika trudnych kwestii, prezentując swoje poglądy. Jedyne czego mi zabrakło to przedstawienia wojskowości stron konfliktu w syntetycznej, ale jednak zdecydowanie bardziej rozbudowanej formie, niż ma to miejsce w książce. Marian Małecki prezentując obie armie poświęca sztuce wojennej raptem 2,5 strony. Praktycznie w sposób minimalny potraktowano taktykę przeciwników. To zdecydowanie, w mojej ocenie, za mało, aby uznać temat bitwy na najbliższą dekadę za wyczerpany. Jest to jedyne zastrzeżenie, jakie zgłaszam do tej pracy.

Bardzo ciekawymi okazały się dwa ostatnie rozdziały. Co prawda w drugiej połowie pierwszej dekady XXI stulecia ukazało się w naszym kraju kilka dobrych prac traktujących o krucjatach, lecz wszystkie miały charakter przekrojowy, lub dotyczyły konkretnych wypraw. Żadna jednak nie przedstawiała w tak kompleksowy sposób stanu badań jak też nie prezentował prawnych konotacji obecności Franków na Bliskim Wschodzie. Nie wnikając w szczegóły, musiałem zweryfikować trochę informacji, zapamiętanych jeszcze z prac Stevena Runcimana. Bardzo dobrze, że zabrzańskie wydawnictwo kontynuuje badania nad państwami krzyżowymi w serii „Szlakiem krucjat„.

Podsumowując, jest to praca świetna, zdecydowanie warta przeczytania nie tylko przez pasjonatów wojskowości, ale także miłośników krucjat czy średniowiecza w ogóle.

Moja ocena 5,5/6